Coś się szykuje. Bukmacherzy to czują. "Badenoch wyprzedza Farage'a jako faworyta na następnego premiera" - takie słowa padły w tym tygodniu z ust bukmachera William Hill.

Powiem wam, co się dzieje. To trudny czas polityczny. Nawet dziś Kemi Badenoch musi stawić czoła kontrowersjom. Ale jako konserwatysta wydaje mi się, że w tych burzliwych tygodniach pokazała wiele cech niezbędnych liderowi partii: sprawia wrażenie wyluzowanej i dowcipnej; potrafi stylizować się na kogoś, kto drażni przeciwników, zamiast być złośliwym lub niemiłym; i robi to wszystko na tyle pewnie, że sceptycy zaczynają myśleć, że naprawdę mogłaby być następnym premierem.

Ten wyluzowany styl działał Keirowi Starmerowi na nerwy. Riposta Badenoch na jego obronę swojego dorobku gospodarczego - "jeśli wszystko idzie tak dobrze, dlaczego rezygnuje?" - była spontaniczna, dowcipna i zabójcza. Opozycja się cieszyła, rządowe ławy wpatrywały się w swoje buty. I ten styl wkrótce rzuci wyzwanie Andy'emu Burnhamowi, gdy posłowie będą mieli okazję go przepytać o jego lawinę letnich ogłoszeń. "Nie bycie Starmerem" może działać w letnich miesiącach, ale to nie potrwa długo.

Burnham miał szczęście: niewielu premierów miało tak łagodne wprowadzenie do życia na szczycie. Ale interakcja między płynnością Badenoch (która jest teraz niemal idealna) a północną koleżeńskością Burnhama (która również zaskakująco dobrze się przyjmuje) wkrótce stanie się bardziej intensywna i nabierze nowego znaczenia. Badenoch stara się unikać bycia postrzeganą jako bardziej strawna wersja Nigela Farage'a czy konserwatywnego reliktu, którym wyborcy się znudzili. Jeśli utrzyma ten kurs, jej szanse na odebranie Burnhamowi tej "ależ ze mnie skromniutki premier" otoczki będą jeszcze większe.

Spójrzmy na niedawne wypowiedzi Badenoch o zero netto i zmianach klimatu - "Zmiany klimatu są realne. Plany zero netto nie są. To polityczna fikcja" - a potem na temat opieki społecznej (oferta wsparcia, ale tylko jeśli premier wykluczy podwyżki podatków), a zobaczycie jej kalkulację ryzyka i szans. Czy te stwierdzenia są przyznaniem, że Partia Konserwatywna tak naprawdę się nie zmieniła, czy dowodem na to, że lider partii oferuje jasność, którą rzadko się publicznie ujawnia?

Większość liderów pragnie czegoś, co da im przewagę nad opozycją, ale Badenoch szuka też odrębności od swoich poprzedników. Tony Blair zrobił to, zmieniając klauzulę czwartą, a David Cameron przeciwstawił się wiernym torysom w kwestii małżeństw homoseksualnych. To czyniło ich innymi - a więc, dla szerszego elektoratu, wybieralnymi. Badenoch podąża za tą tradycją, będąc dociekliwą, ale nie negującą zmian klimatu, i nie krytykując z góry planów Burnhama dotyczących opieki społecznej, zanim zostaną one właściwie przedstawione.

Porównania z Margaret Thatcher są zawsze ryzykowne, ze względu na świętość jej dziedzictwa w kręgach torysów, ale myślę, że niektóre z jej politycznych umiejętności są widoczne u Badenoch: nigdy nie zamykanie drzwi do możliwości, jasne określanie ogólnej ambicji i przekonywanie posłów oraz społeczeństwa, że ta ambicja jest warta pewnych poświęceń po drodze. To trudne w opozycji. Nie można osiągnąć wszystkiego, sprzeciwiając się dla samego sprzeciwu.

Wyzwaniem Badenoch jest przekonanie wyborców z zamożnych przedmieść - tak samo jak wyborców "czerwonego muru" - że konserwatystom można ponownie zaufać. Polityka musi być "konserwatywna", czyli oparta na filozoficznym przekonaniu, że biznes generalnie odnosi sukcesy mimo państwa, a nie dzięki niemu. System podatkowy musi opierać się na finansowaniu usług publicznych, a nie na karaniu sukcesu czy ograniczaniu wyboru.

Twarze i głosy naszych polityków też mają znaczenie, dlatego każdy kandydat konserwatystów musiał ponownie ubiegać się o zgodę na start w wyborach i podpisać się pod flagowymi planami partii. Dlatego kontrowersyjna zgoda na kandydowanie skazanego wcześniej rasisty Joshuy Bonehilla-Paine'a w wyborach do rady lokalnej w Somerset była...