Kiedy Jay Clayton, nominat Donalda Trumpa na kolejnego dyrektora wywiadu narodowego, pojawił się w środę przed Senatem, Jon Ossoff z Georgii zadał mu proste pytanie: Kto wygrał wybory w 2020 roku? Clayton wymigiwał się i kręcił. „Nie będę brał udziału w tym teatrze” – upierał się, w pewnym momencie po prostu milknąc, gdy Ossoff powtórzył pytanie.

Susan Collins, republikańska senator z Maine, przyjęła tę wymianę zdań i najwyraźniej uznała, że Clayton wypadł całkiem nieźle. Zatrzymana na korytarzu Senatu przez CNN Manu Raju, Collins powiedziała: „Urząd Dyrektora Wywiadu Narodowego nie certyfikuje wyborów, a on wielokrotnie dawał do zrozumienia, że Joe Biden został zatwierdzony jako zwycięzca wyborów”. Clayton, kontynuowała, „zrobił dobrą robotę”.

Stwierdzenie, że Biden został zatwierdzony jako zwycięzca wyborów w 2020 roku, jak zrobili to Clayton i inni zwolennicy Trumpa, w żaden sposób nie przeczy lawinie kłamstw Trumpa. Trump nie twierdzi, że faktycznie pełnił funkcję prezydenta w latach 2021-2025. Jego konkretne kłamstwo polega na tym, że Joe Biden ukradł wybory – spisek, który, gdyby został przeprowadzony, wymagałby zatwierdzenia Bidena jako zwycięzcy. Gdyby Biden nie został zatwierdzony jako zwycięzca, nie mógłby ukraść wyborów.

Co ważniejsze, Urząd Dyrektora Wywiadu Narodowego odegrał kluczową rolę w antydemokratycznych manewrach Trumpa. Jak donoszą Maggie Haberman i Jonathan Swan w *Regime Change*, swojej nowej książce o prezydenturze Trumpa, Trump liczył na Tulsi Gabbard, swoją poprzednią DNI, „w kwestii wykorzystywania wywiadu do osobistych misji zemsty”. Gabbard uczestniczyła w nadzwyczajnym nalocie na przejęcie kart do głosowania w Georgii – zadaniu niezwiązanym z formalną misją ODNI, ale ściśle powiązanym z tą, którą Trump dla niej wybrał.

ODNI dostarczyło ustalenia wywiadowcze, jakie były, na potrzeby dziwnego przemówienia prezydenta o bezpieczeństwie wyborów wczoraj wieczorem. Używając osobliwego połączenia histerii, insynuacji i martwego przekazu, prezydent stwierdził, że „nasze wybory były pozostawione podatne na manipulacje i kradzież, a zaufanie Amerykanów zostało utracone” oraz że „nigdy więcej nie możemy patrzeć na skradzione wybory”.

Pod koniec swojego wystąpienia Trump wykonał gesty dwupartyjności. „Każdy Amerykanin, czy to republikanin, demokrata, niezależny czy inny, powinien móc się zgodzić, że zasługujemy na najbardziej bezpieczny, uczciwy i sprawiedliwy system wyborczy na świecie” – powiedział. To niewiele uspokaja, biorąc pod uwagę, że Trump w innych momentach zasadniczo definiował uczciwy system wyborczy jako taki, w którym jego partia nigdy by nie przegrała.

Republikańscy urzędnicy traktują tę mrożącą krew w żyłach tyradę jako mało znaczące rozpraszanie uwagi. Trump, narzekali reporterom przed przemówieniem, powinien skupić się na kosztach życia. Po przemówieniu czuli się komfortowo, że wypadł, w porównaniu do obłąkanego standardu, do którego przywykli, całkiem trzeźwo. „To było tak na torach, jak to możliwe” – powiedział urzędnik Białego Domu dla Politico. „Zespół starszych po prostu rozmawiał i przygotowywał go. Myślę, że wyjaśnili, że sposób, by być traktowanym poważnie, to nie być szalonym”.

Niepokój jest oczywiście charakterystyczną odpowiedzią Collins na nadużycia ery Trumpa. Można sobie prawie wyobrazić sowieckich urzędników – po oskarżeniu Józefa Stalina z 1953 roku o spisek syjonistycznych lekarzy – wyrażających ulgę, że sekretarz generalny ograniczył cele swojego gniewu, jednocześnie wyrażając zaniepokojenie, że przegapił okazję do podzielenia się wskazówkami na temat poprawy zbiorów ziemniaków.

Niesamowite jest to, że reakcja Collins na nominację Claytona i na jego zdyscyplinowaną odmowę zaprzeczenia kłamstwom wyborczym Trumpa nie osiągnęła nawet poziomu niepokoju. Jej stanowisko mówi więcej o stanie Partii Republikańskiej niż jej reakcja na przemówienie Trumpa. Ze wszystkich nieliberalnych impulsów Trumpa, jego odmowa uznania legitymacji przegranych wyborów jest najbardziej złowieszcza. I ze wszystkich republikańskich członków