Do kluczowych wyborów w Wielkiej Brytanii pozostało już tylko kilka dni. W czwartek rozstrzygnie się, kto wyda miliardy funtów z pieniędzy podatników i nada ton politycznym liderom od ratuszy aż po Westminster. Jeśli twoja wycieraczka nie jest zasłana kolorowymi ulotkami, a media społecznościowe nie uginają się od politycznych obietnic, prawdopodobnie mieszkasz w Irlandii Północnej lub w jednej z tych części Anglii, które w tym roku najwyraźniej się nie liczą. Dla reszty: zapnijcie pasy – te wybory są ważne i mówią coś o brytyjskich politycznych przepychankach połowy lat 20. XXI wieku.
W ostatnich latach paleta popularnych partii politycznych poszerzyła się z tradycyjnych podstawowych kolorów Partii Pracy i Konserwatystów o Liberalnych Demokratów, Reform UK, Partię Zielonych Anglii i Walii oraz konkurencyjnych niezależnych. W Walii mamy Plaid Cymru, marzącą o niepodległej Walii; w Szkocji Szkocka Partia Zielonych i Szkocka Partia Narodowa chcą, by Szkocja poszła własną drogą. Większość tych partii istnieje od jakiegoś czasu – Reform UK w mniejszym stopniu – ale zmieniło się to, że wszystkie wydają się bardziej konkurencyjne w większej liczbie miejsc niż kiedyś. Zbiega się to z niepopularnością zarówno Partii Pracy, jak i Konserwatystów, co zdarza się równie rzadko jak kulturalna dyskusja na Twitterze.
To rozdrobnienie było widoczne już podczas ostatnich wyborów powszechnych dwa lata temu, nawet jeśli skład Izby Gmin nie do końca to odzwierciedlał. Partia Pracy zdobyła ogromną większość mandatów, ale osiągnęła to przy najmniejszym udziale głosów dla rządu z bezwzględną większością w Izbie Gmin w historii. Jednocześnie Konserwatyści po raz pierwszy od 1832 roku zdobyli mniej niż 30% głosów w wyborach powszechnych. Profesor Sir John Curtice, główny analityk wyborczy BBC, powiedział dziennikowi The Times: „Zobaczymy bicie rekordów. Żyjemy w bezprecedensowych okolicznościach. Sondaże sugerują, że tradycyjny duopol Partii Pracy i Konserwatystów stoi przed największym wyzwaniem od czasu jego powstania w latach 20. XX wieku.” Dodał: „Podstawowe założenia brytyjskiej polityki – że nie ma miejsca dla partii na prawo od torysów ani na lewo od laburzystów – przestały obowiązywać.”
Działacze donoszą o przerażeniu lub ekscytacji, w zależności od przynależności partyjnej, a wyborcy zmieniają lojalność tak bezdusznie, jakby zamieniali Mazdę na Renault. Grupa badawcza More in Common napisała o „rozbitej Wielkiej Brytanii” zeszłego lata, podsumowując: „Dla wielu Brytyjczyków ostatnie lata niosły poczucie niekończących się kryzysów i niezadowolenia z obecnego stanu rzeczy.” Nic dziwnego, że atmosfera jest tak gorączkowa.
W kręgach Partii Pracy używano słowa „maj” jako trzyliterowego skrótu na miesiące, obawiając się, że głęboka niepopularność przeniesie się z sondaży na rzeczywistość wyborczą. Skala tych wyborów ma wyraźnie obnażyć słabości Partii Pracy: walka między Plaid Cymru a Reform UK o dominację w Walii, z Partią Pracy stojącą w obliczu pierwszej od stu lat porażki; SNP spodziewane triumfować ponownie w Szkocji; Reform liczący na zwycięstwo w twierdzach Partii Pracy, takich jak Barnsley i Sunderland; Liberalni Demokraci celujący w zdobycze kosztem Konserwatystów w Surrey i Hampshire; oraz niezależni, szczególnie ci skupieni na Gazie, spodziewani zyskać w miejscach ze znaczną populacją muzułmańską, jak Lancashire, Birmingham i wschodni Londyn. Partia Pracy obawia się również ataku ze wszystkich stron w Londynie.
Jeśli Partia Pracy dostanie wielokolorowe lanie od rywali zarówno z lewej, jak i prawej strony, nasili to rozmowy o kierunku i przywództwie rządu Westminster – choć nie musi to oznaczać natychmiastowego usunięcia sir Keira Starmera. Może jednak. Ale hej, przynajmniej wybory będą konkurencyjne.