Gdy w późnym 2019 roku z kranów Trish Leigey zaczęła lecieć brązowa i cuchnąca woda, miała nieprzyjemne podejrzenia co do tego, co zanieczyszczało niegdyś krystalicznie czystą górską wodę. Testy potwierdziły jej przeczucie: bydlęce DNA przeniknęło do wody pitnej w wiejskim Loganton w Pensylwanii – zanieczyszczenie, które jej prawnicy powiązali z firmą Nicholas Meat i jej praktyką rozrzucania upłynnionych odpadów zwierzęcych na pobliskich polach.

To chyba nie zdziwiło wielu sąsiadów Leigey. Większość doskonale zdawała sobie sprawę z wysuszonych części zwierząt, które od czasu do czasu zaśmiecały lokalne drogi. Niewielu zastanawiało się nad ciężarówkami rozpylającymi mieszankę krwi, moczu, wody i innych odpadów rzeźniczych na lokalnych farmach. Ale niewielu chciało oskarżać firmę o nieprawidłowości, biorąc pod uwagę, że zatrudnia ona ponad 425 osób – mniej więcej tyle, ile liczy całe Loganton – i według niektórych szacunków przetwarza 10 procent wołowiny w stanie.

Leigey, samotna matka pracująca na trzech etatach, postanowiła, że musi zabrać głos. „Chcę po prostu prostego życia” – powiedziała. „Nie uważam, że powinnam być emocjonalnie, psychicznie, finansowo i fizycznie wyczerpana, bo jakiś milioner chce wylewać krew na pola, bo to tani sposób na pozbycie się odpadów. To nie w porządku.”

Ława przysięgłych zgodziła się z tym i w grudniu uznała firmę za odpowiedzialną za uciążliwość i naruszenie granic sąsiednich posesji poprzez zanieczyszczanie powietrza i wody. Leigey i trzech innych, którzy przyłączyli się do niej w pozwie przeciwko Nicholas Meat, otrzymało 145 000 dolarów – zaskakujące zwycięstwo w stanie, gdzie łagodne przepisy o prawie do uprawy roli utrudniają wygrywanie takich spraw.

Mimo to werdykt nie powinien zmienić sposobu, w jaki działają takie firmy jak Nicholas Meat. Nie ma dla nich przekonującego powodu. Nicholas Meat jest znacznie mniejszy od gigantów takich jak Tyson Foods, ale jest ważnym graczem w środkowej Pensylwanii. To, co zaczęło się w 1987 roku jako rodzinny biznes zajmujący się kilkudziesięcioma sztukami bydła dziennie, rozwinęło się przez dekady w jednego z największych prywatnych pracodawców w hrabstwie. Według pozwu, ubija około 1000 sztuk bydła dziennie i jest największym biznesem w miasteczku tak małym, że nie ma w nim sygnalizacji świetlnej.

W całym stanie odpady z rzeźni, farm i tym podobne są rutynowo rozrzucane na polach jako nawóz. Rozrzucanie tych „pozostałości po przetwórstwie żywności” jest legalne, lekko regulowane i tańsze niż transport i oczyszczanie odpadów gdzie indziej. Co najmniej 900 farm i zakładów przetwórstwa spożywczego w stanie bierze w tym udział. Pozew szacował, że Nicholas Meat produkuje co najmniej 200 000 galonów dziennie, z możliwością przechowywania 1 miliona galonów na miejscu i kolejnych 4,3 miliona gdzie indziej. Oprócz mieszania i napowietrzania pomyj, nie ma żadnego oczyszczania przed utylizacją.

„Nie ma żadnego prawa ani przepisu dotyczącego rodzaju rolnictwa, które uprawiamy” – powiedział Eugene Nicholas podczas procesu. Pensylwania nie wymaga pozwolenia na rozrzucanie pozostałości po przetwórstwie żywności. Praktyka ta jest regulowana wytycznymi opublikowanymi w 1994 roku, które niewiele więcej robią, niż wymagają od rolników określenia szczegółów, takich jak ile można użyć do różnych upraw, i ostrzegają, aby nie wylewać tego w pobliżu cieków wodnych lub źródeł wody pitnej.

Inspektorzy badają skargi na nieznośne zapachy lub zanieczyszczone odpływy, ale dokumenty DEP datowane na 2013 rok pokazują, że ludzie w pobliżu rzeźni często czekali kilka dni na odpowiedź. „Naprawdę nie ma żadnego nadzoru poza mieszkańcami” – powiedziała Angela Harding, komisarz hrabstwa Clinton.

Pozew stwierdza, że Nicholas Meat zaczął rozpylać swoje odpady na polach po ponownym otwarciu w 2010 roku po pożarze. Szacuje się, że rozpyla od 10 do 13 milionów galonów odpadów rocznie na „setkach” akrów. Raporty ujawniły, że firma „znacznie przekraczała normy wylewania krwi” na grunty rolne, a praktyka ta była „ciągła przez 8-10 godzin dziennie”. Dowody wykazały, że firma rozpylała na jałowe, mokre, a nawet zaśnieżone pola, stwarzając ryzyko spływu.

Lokalna geografia i geologia zwiększają to niebezpieczeństwo. Źródła i leje krasowe są powszechne w środkowej Pensylwanii, a