Morgan McSweeney, były szef sztabu Keira Starmera, który wcześniej w tym roku zrezygnował z powodu skandalu, przyznał przed posłami, że naciskał na urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, aby przyspieszyli nominację Petera Mandelsona na ambasadora Wielkiej Brytanii w Waszyngtonie. Ale zapewnia, że nigdy nie prosił o 'pomijanie kroków' w weryfikacji bezpieczeństwa – jedynie o działanie z taką pilnością, jaką zwykle rezerwuje się dla płonącego budynku lub darmowego baru.
W rzadkim wystąpieniu przed komisją spraw zagranicznych we wtorek McSweeney przyznał, że poprosił ówczesnego najwyższego urzędnika MSZ, Philipa Bartona, o przeprowadzenie procesu 'w tempie', ale zaprzeczył jakimkolwiek nieprawidłowościom. 'Istnieje prawdziwa różnica między proszeniem ludzi o działanie w tempie a proszeniem o obniżenie standardów. Nigdy tego nie zrobiliśmy' – powiedział, prawdopodobnie utrzymując kontakt wzrokowy ze wszystkimi w pokoju.
McSweeney zapewnił, że nie był zaangażowany w proces weryfikacji Mandelsona ani nie prosił urzędników o 'ignorowanie procedur, żądanie pominięcia kroków czy komunikowanie wprost lub pośrednio, że powinien zostać dopuszczony za wszelką cenę'. Byłoby to 'niedopuszczalne' – powiedział, jakby istniał akceptowalny sposób proszenia kogoś o pominięcie kroków weryfikacyjnych.
Jego zeznania pojawiły się po tym, jak Barton powiedział posłom, że 'absolutnie' istniała presja z Downing Street co do tempa weryfikacji. Olly Robbins, zwolniony następca Bartona, wcześniej powiedział komisji, że odczuwał 'ciągłą' presję, aby Mandelson objął stanowisko – prawdopodobnie taką presję, która sprawia, że żałujesz, że nie wybrałeś kariery w księgowości.
McSweeney ujawnił, że dowiedzenie się o zakresie trwających powiązań Mandelsona z Jeffreyem Epsteinem – po tym, jak został przesłuchany w sprawie sygnałów ostrzegawczych ujawnionych podczas due diligence i wysłany do Waszyngtonu mimo wszystko – było jak 'nóż w mojej duszy'. Czy to był nóż wstydu, czy tylko zażenowania koniecznością tłumaczenia się z tego, pozostaje niejasne.
Przyznał, że powinien był poprosić urzędników służby cywilnej z zespołu ds. etyki i właściwego postępowania w Gabinecie (PET) o wyjaśnienia z Mandelsonem, zamiast robić to sam, biorąc pod uwagę ich relacje. 'Gdy patrzę wstecz, z pewnością myślę, że byłoby o wiele, wiele lepiej, gdybym poprosił PET o zadanie tych pytań uzupełniających' – powiedział, dodając, że sądził, iż Mandelson 'poczułby się bardziej zobowiązany do mówienia prawdy i całej prawdy' na piśmie. Spojler: nie poczuł.
McSweeney powiedział, że Starmer nie przeprowadziłby nominacji, gdyby znał całą prawdę. 'Premier nie miał wystarczających informacji, ponieważ Mandelson nie podzielił się z nim niezbędnymi informacjami. Miał ku temu mnóstwo okazji, ale tego nie zrobił.' Tyle o tej rzekomej politycznej przebiegłości.
Przyznał, że wycofanie nominacji Mandelsona z powodu braku poświadczenia bezpieczeństwa byłoby 'żenujące' dla rządu, ale 'o wiele bardziej preferowane' niż dopuszczenie do jej kontynuacji. Wielu posłów Partii Pracy jest podobno wściekłych, że Downing Street, wiedząc wówczas, że Mandelson był na tyle blisko Epsteina, że nocował w jego domu, zdecydowało się wysłać go do Waszyngtonu mimo wszystko.
McSweeney przyznał, że popełnił 'poważny błąd w ocenie', doradzając Starmerowi mianowanie Mandelsona, ale twierdził, że uważał, iż jego 'doświadczenie, relacje i umiejętności polityczne' – w tym w handlu – mogą służyć interesom Wielkiej Brytanii, gdy Donald Trump ponownie wkraczał do Białego Domu. Bo nic tak nie mówi o dyplomacji jak przyjaciel skazanego przestępcy seksualnego.
W swoich zeznaniach Barton powiedział, że Downing Street wydawało się 'niezainteresowane' procesem weryfikacji i że nie miał możliwości wyrażenia swoich obaw. Zapytany, czy był pod presją, aby szybko zakończyć weryfikację, odpowiedział: 'Absolutnie... Nie sądzę, by ktokolwiek w departamencie pracujący nad tym mógł mieć wątpliwości, że istniała presja, aby wszystko zrobić tak szybko, jak to możliwe.'
Barton zaprzeczył, jakoby otrzymał telefon od McSweeney'ego – od dawna plotkowany – w którym miał go poprosić o 'po prostu to zatwierdź, do cholery'. McSweeney powiedział posłom, że takie plotki z Westminsteru są 'korodujące' dla zaufania do polityki.