Gospodarstwa domowe o niskich dochodach w Londynie są obciążane „premią za biedę” w wysokości ponad 600 funtów rocznie tylko po to, by mieć dostęp do tych samych towarów i usług co ich bogatsi sąsiedzi, bo najwyraźniej bycie biednym jest drogie.

Badanie przeprowadzone przez Fair by Design, finansowane przez Trust for London, wykazało, że rodziny w Peckham płacą średnio o 493 funty więcej rocznie za identyczne produkty, a w najgorzej dotkniętych obszarach kwota ta wzrasta powyżej 600 funtów. Główny winowajca? Zakupy spożywcze. Trzydzieści dziewięć procent biednych rodzin utknęło w drogich lokalnych sklepikach zamiast w dużych supermarketach, bo nic tak nie mówi „przystępne cenowo miasto” jak płacenie więcej za chleb i mleko.

Energia i ubezpieczenia również dokładają cierpienia: użytkownicy liczników przedpłatowych płacą o 129 funtów więcej rocznie niż ci na bezpośrednich debetach, a kierowcy w biednych kodach pocztowych płacą średnio o 153 funty więcej za ubezpieczenie samochodu. Bo czemu biedni mieliby mieć odpuszczone?

Manny Hothi, dyrektor naczelny Trust for London, wezwał regulatorów do rozważenia, jak ich rynki krzywdzą biednych. „Zakończcie niesprawiedliwość, w której ludzie płacą więcej, bo płacą miesięcznie lub nie podpisują się pod bezpośrednim debetem” – powiedział, prawdopodobnie głęboko wzdychając.

W bezpłatnej kawiarni w Peckham prowadzonej przez organizację charytatywną Pecan, gość Josiah Lahai podsumował: „Idę do supermarketu i są pewne rzeczy, które chcę, ale nie mogę ich kupić”. Tymczasem Doreen Davies z Pecan powiedziała, że gwałtownie rosnące czynsze zmuszają rodziny do opuszczania swoich sieci kontaktów i przeprowadzania się „aż na północ”, co najwyraźniej jest londyńskim odpowiednikiem zesłania na Syberię.

Posłanka Partii Pracy Miatta Fahnbulleh wskazała na obniżkę rachunków za energię o 150 funtów i inwestycję w wysokości 39 miliardów funtów w mieszkalnictwo socjalne, podczas gdy posłanka Partii Konserwatywnej Julia Lopez obwiniła burmistrza Sadiqa Khana za 84% spadek liczby rozpoczętych budów mieszkań i zauważyła, że finanse publiczne są w „niezrównoważonej pozycji”. Bo nic tak nie pomaga biednym jak partyjne kłótnie.

Rzecznik rządu, w klasycznym posunięciu, przytoczył fundusz kryzysowy i odpornościowy o wartości 1 miliarda funtów (z prawie 150 milionami dla Londynu) i twierdził, że dochody gospodarstw domowych wzrosły o 5% w ujęciu realnym, a korzystanie z banków żywności spadło. Podkreślił również zniesienie limitu świadczeń na dwoje dzieci, które dotyczy około 240 000 dzieci w 65 000 londyńskich gospodarstw domowych, oraz podniesienie płacy minimalnej. Postęp, jak twierdzą, ma miejsce – nawet jeśli nie czuć go przy kasie.