Historycy z natury lepiej interpretują przeszłość niż przewidują przyszłość. Czytają źródła, nie fusy. Ale jesienią 1973 roku, w środku szekspirowskiego dramatu Watergate, Arthur M. Schlesinger Jr. postanowił spróbować jednego i drugiego. W listopadowym artykule z 1973 roku w The Atlantic, "Prezydencja, która uciekła", Schlesinger zdiagnozował nadużycia prezydenta Richarda Nixona jako przewidywalny skutek długotrwałych trendów historycznych, które rozdęły władzę wykonawczą, a następnie zaproponował prognozę tak słoneczną, że mogłaby mieć ostrzeżenie przed SPF. "Watergate", pisał, "jest potencjalnie najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się prezydenturze od dawna. Jeśli tropy zostaną doprowadzone do końca, minie wiele, wiele lat, zanim inny personel Białego Domu odważy się na takie swobody wobec Konstytucji i praw, jakie pozwolił sobie Biały Dom Nixona."

Nixon zrezygnował 52 lata temu w tym miesiącu, kończąc skandal, ale nie zapewniając żadnego katharsis ani z pewnością nie zatrzymując uciekającej prezydentury. Aby podkreślić, jak źle starzał się optymizm Schlesingera, J. D. Vance rozważał w czerwcu, że "gdyby Watergate wydarzyło się jutro, byłaby to historia na 12 godzin. Pomysł, że obaliłoby to prezydenta, jest szalony". Jak zauważył wówczas mój kolega David A. Graham, to zdumiewające wyznanie od członka administracji, która pozwala sobie na swobody wobec Konstytucji i praw. To także całkowicie prawdopodobne: skandale, które kiedyś doprowadziłyby naród do zastoju, teraz ledwo rejestrują się przez więcej niż kilka dni, częściowo dlatego, że jest ich po prostu tak wiele pod rządami Donalda Trumpa. Aby zrozumieć, jak Schlesinger tak bardzo się mylił, najpierw trzeba zrozumieć, co miał rację.

W 1973 roku Schlesinger opublikował cegłę zatytułowaną *Imperialna prezydencja*. Zaczął ją jako broszurę w marcu, ale projekt szybko rozrósł się do 200 000 słów, gdy rozwijał się spektakl Watergate. Książka śledziła agregację władzy wykonawczej od założenia państwa, przyspieszając podczas II wojny światowej i zimnej wojny. Na początku lat 70. urząd rozrósł się tak daleko poza konstytucyjne granice, pisał Schlesinger, że stanowił "rewolucyjne wyzwanie dla samego podziału władz".

Esej Schlesingera w The Atlantic był głoszeniem własnego tekstu. W tej relacji nadużycia Nixona były objawami większej choroby. Ekspansja prezydentury, zwłaszcza w wojnie i polityce zagranicznej, była wystarczająco jasna, ale Nixon pokazał niebezpieczeństwa i "odurzenia", które wiązały się z taką władzą w kraju. Poprzedni prezydenci mogli posiadać taką władzę, ale, argumentował Schlesinger, mieli charakter i powściągliwość, aby jej nie używać. Nixon był inny, pokazując, co się dzieje, gdy osoba "nie otwarta i skromna", ale "od początku żądna władzy i gardząca prawem" osiąga najwyższy urząd w kraju.

Centralne miejsce prezydenta w amerykańskiej historii politycznej pogłębiło problem. Kongres powinien ograniczać władzę wykonawczą, argumentował Schlesinger (opowiadał się za impeachmentem Nixona jako punktem wyjścia), ale także naród amerykański miał rolę: muszą wyrobić sobie "nową postawę" wobec swoich prezydentów, stając się bardziej sceptyczni i mniej pełni czci. To zmniejszyłoby liczbę "odurzeń" dla osoby sprawującej urząd. Ale jego zalecenia wydawały się krytykom co najmniej przesadzone. Jak przyznał w *Imperialnej prezydencji*, "historycy i politolodzy, w tym ten pisarz, przyczynili się do powstania prezydenckiej mistyki". Przyczynili się, rzeczywiście. W trakcie swojej kariery Schlesinger obdarzył demokratycznych prezydentów dokładnie taką pozycją, jakiej się teraz obawiał. W 1965 roku upamiętnił Johna F. Kennedy'ego (któremu służył jako specjalny asystent) w książce tak pełnej czci, że Christopher Hitchens nazwał ją później "fundamentalnym brewiarzem kultu JFK".

Schlesinger mógł nawrócić się dopiero z powodu grzechów republikańskiej administracji Nixona, ale nie do końca się mylił. Wielu miało nadzieję, że wykroczenia Nixona wywołają demokratyczne przebudzenie. Zamiast tego dostaliśmy 12-godzinne cykle informacyjne i Sąd Najwyższy, który twierdzi, że prezydent nie może czynić nic złego. Czekamy nadal.