Stany Zjednoczone są obecnie w konflikcie z praktycznie każdym na planecie – gorąca wojna z Iranem, zimna wojna z Chinami i Rosją (choć prezydent Trump mógł przegapić ten mem), wojny handlowe z różnymi krajami, tlący się spór z Kubą i dziwna obsesja na punkcie Grenlandii, która denerwuje NATO, najbardziej udany sojusz w historii. Można by pomyśleć, że to idealny moment na staromodną dyplomację: wysyłanie ambasadorów, by łagodzili napięcia, uspokajali sojuszników i zajmowali się szczegółami handlowymi. Problem w tym, że ci ambasadorowie nie istnieją.

Administracja Trumpa pozostawiła nieobsadzonych ponad 100 stanowisk ambasadorskich, w tym kluczowe placówki u sojuszników USA, według The Wall Street Journal. To bezprecedensowa liczba wakatów, nawet jak na Biały Dom, który traktuje dyplomację jak opcjonalny quest poboczny. Dla porównania, w tym samym momencie pierwszej kadencji Trumpa puste były tylko 45 stanowiska – już wolniejsze tempo niż u poprzedników. Amerykańskie Stowarzyszenie Służby Zagranicznej dyplomatycznie zauważa, że Trump powoli nominuje ambasadorów, a ci, których nominuje, często utykają w zatkanym procesie zatwierdzania przez Senat.

Tłumaczenie: Trump nie rozumie, co robią ambasadorowie, i woli rozdawać te stanowiska przyjaciołom, darczyńcom i lojalistom, którzy potem spotykają się z ostrzejszym niż zwykle przesłuchaniem w Senacie. Wydaje się postrzegać te nominacje jako nagrody za lojalność lub okazje do trollowania opinii publicznej i społeczności międzynarodowej – a nie jako narzędzia polityki państwa. Gwoli sprawiedliwości, każdy prezydent daje kilka synekur ambasadorskich kumplom; zwykle to mniejszy kraj, gdzie nie mogą narobić wiele szkód. (Kari Lake, nieudana kandydatka MAGA, dostała Jamajkę, co jest przynajmniej lekkim afrontem dla przyjaciela.) Ale Trump umieścił też żenująco niekompetentnych ludzi w ważnych ambasadach, jak Jerozolima i Paryż.

Urzędnicy administracji twierdzą, że to właściwie „bardziej efektywne” – mówią, że Trump polega na zaufanych wysłannikach, którzy zarządzają wieloma krajami naraz, jak Tom Barrack (ambasador w Turcji) obejmujący też Syrię, czy członkowie rodziny, jak Steve Witkoff i Jared Kushner, jako osobisty emisariusze. To twierdzenie jest śmieszne. Próba mediacji w wojnie między Rosją a Ukrainą bez potwierdzonych ambasadorów ani w Moskwie, ani w Kijowie nie jest efektywna; to głupota. Podwójne obsadzanie ambasadorów nie tworzy spójności regionalnej; tylko zapycha pasmo, krzyżuje personel i plącze komunikację. Na przykład ambasador w Indiach Sergio Gor obejmuje teraz też Azję Środkową – region 85 milionów ludzi w pięciu bardzo różnych krajach, z których cztery nie mają potwierdzonego ambasadora.

Prawdziwy powód? Trump prawdopodobnie nie ma pojęcia, co robią ambasadorowie, i nie chce się dowiedzieć. Sekretarz stanu Marco Rubio wie lepiej, ale jednym z jego pierwszych posunięć było odwołanie 30 ambasadorów – ruch, który Departament Stanu nazwał rutynowym, ale myląco. Zazwyczaj ambasadorowie składają rezygnację na początku nowej administracji, ale pozostają do czasu zastąpienia; nie są zazwyczaj natychmiast odwoływani, pozostawiając stanowiska puste. Ruch Rubio sugerował polityczną weryfikację dyplomatów zawodowych.

Trump może być też straumatyzowany swoim pierwszym impeachmentem, gdy demaskatorzy ujawnili jego próby szantażowania Ukrainy, by badała Joe Bidena. Może teraz postrzegać zawodowych urzędników państwowych jako wrogów politycznych. Albo może, jak ilustruje klasyczny film „Goodfellas”, po prostu nie chce, by ktokolwiek słyszał, co mówi, ani słuchał, co mu się mówi – woli, by zaufani porucznicy szeptali mu do ucha. Jak podał Reuters, obce rządy omijają teraz ambasady i „przepinają swoją dyplomację wokół małego kręgu ludzi z bezpośrednim dostępem do prezydenta”. Jeśli jesteś Grecją i utknąłeś z Kimberly Guilfoyle (byłą Donalda Trumpa Jr.) jako ambasadorką, możesz niewiele zdziałać. Ale jeśli jesteś wystarczająco ważny na wizytę jego zięcia, jesteś w grze.

Nie każdy wakat to kryzys – niektóre są normalne, a wpływ ambasadora różni się w zależności od prezydenta. Ale seria dyplomatycznych porażek Trumpa – upokorzenia