Jeszcze zanim Sąd Najwyższy wydał orzeczenie w sprawie Trump przeciwko Slaughter, żartowano, że decyzja ta „zmasakruje” niezależne agencje. Opinia, opublikowana w tym tygodniu, nie wyeliminowała ich, ale położyła kres ich niezależności.
Fakty sprawy są polityczne. Gdy Donald Trump zwolnił mianowaną przez Joe Bidena członkinię Federalnej Komisji Handlu, Rebekkę Slaughter, pozwała ona, by odzyskać stanowisko, argumentując, że ustawa chroni ją przed usunięciem, chyba że dopuściła się rażącego zaniedbania lub nadużycia urzędu. Sąd Najwyższy w poniedziałek orzekł, że bariera w odwoływaniu narusza konstytucyjny podział władz. Z wąsko politycznej perspektywy można by uznać, że sprawa była zwycięstwem Trumpa i jego kontroli nad państwem administracyjnym. Ale chodzi tu o coś znacznie więcej niż politykę. Przywracając władzę wykonawczą prezydentowi, orzeczenie zwiastuje erę osłabionej władzy administracyjnej – konieczną korektę naszej epoki niedemokratycznej biurokracji.
Od 1887 roku Kongres upoważniał agencje administracyjne, w tym niezależne, których komisarze są chronieni przed odwołaniem przez prezydenta. Razem agencje te tworzą państwo administracyjne – zbiór instytucji obsadzonych przez biurokratów odizolowanych od wyborców. Niezależni komisarze są najbardziej odizolowani z tych biurokratów, ponieważ nawet prezydent, szef władzy wykonawczej, nie może ich zwolnić.
Chronieni przed odwołaniem, ci biurokraci stali się stałą, politycznie nieodpowiedzialną obecnością. Mogą przetrwać wybranych prezydentów i realizować własne biurokratyczne agendy, niezależnie od wyborów.
Ten nowy układ konstytucyjny, gdy rozkwitł w XX wieku, wyprodukował regulacje, które w wielu przypadkach przyniosły więcej szkody niż pożytku, utrudniając osobisty wybór i dobrobyt. Ale konsekwencje dla praw konstytucyjnych były jeszcze gorsze. Przenosząc władzę ustawodawczą z Kongresu na biurokratów, władza administracyjna osłabiła prawa wyborcze. Jednostki miały prawo głosu, ale ich najaktywniejsi prawodawcy nie byli już ich wybranymi przedstawicielami. A przenosząc władzę sądowniczą z sądów na zwykłych biurokratów, władza administracyjna pozbawiła Amerykanów prawa do sądu przed niezależnym sędzią i ławą przysięgłych.
Jedną ze spraw umacniających to odwrócenie Konstytucji była sprawa Humphrey’s Executor przeciwko Stanom Zjednoczonym z 1935 roku, w której Sąd Najwyższy podtrzymał ustawową ochronę przed odwołaniem dla komisarzy FTC. Sąd zalegitymizował w ten sposób niezależność wielu federalnych agencji. Od tego czasu, aż do tego tygodnia, dogmatem sądowym było, że oprócz trzech konstytucyjnych gałęzi władzy mogą istnieć niezależne agencje.
Nielogiczność orzeczenia Humphrey’s Executor jednak od dziesięcioleci intrygowała pokolenia studentów prawa i prawników. Opinia uzasadniała niezależność FTC, twierdząc, że agencja może sprawować „funkcję wykonawczą” inną niż „władza wykonawcza w sensie konstytucyjnym”. Ale jak agencja może legalnie sprawować rodzaj władzy nieupoważniony przez Konstytucję? Opinia argumentowała dalej, że FTC może sprawować tę nowomodną funkcję wykonawczą w ramach „swoich quasi-ustawodawczych lub quasi-sądowniczych uprawnień, albo jako agencja władzy ustawodawczej lub sądowniczej rządu”. Znów, to dziwne rozumowanie. Jak władza wykonawcza może sprawować uprawnienia ustawodawcze lub sądownicze?
Decyzja w sprawie Slaughter wreszcie rozwiązała te zagadki, uznając, że ochrona komisarzy przed odwołaniem jest niekonstytucyjna, a agencje wykonawcze nie mogą być niezależne od prezydenta.
Konstytucja tworzy trzy rodzaje władzy, każdą oddzieloną w swojej gałęzi rządu, i umieszcza władzę wykonawczą w rękach prezydenta Stanów Zjednoczonych. Oczywiście nie może on sprawować tej władzy sam, dlatego deleguje większość zadań podwładnym. Ale Konstytucja