Pożar w południowej Kalifornii udowadnia, że nawet emerytowane obiekty nuklearne nie mogą uciec przed dramatem sezonu pożarowego. Pożar Sandy, który obecnie szaleje w hrabstwie Ventura, zbliżył się na około ćwierć mili do Santa Susana Field Laboratory (SSFL) – byłego reaktora jądrowego i poligonu rakietowego, który, jak ten krewny na Święto Dziękczynienia, nie przestaje być źródłem niepokoju.

Badania nuklearne w SSFL zakończono w 1988 roku, testy rakiet w 2006, ale 2800-akrowy kompleks – niegdyś wspólnie zajmowany przez NASA, Departament Energii i Boeinga, a od 1996 roku należący do Boeinga – wciąż skrywa skażenie radioaktywne i chemiczne. Bo po co sprzątać, skoro można zostawić to przyszłym pokoleniom?

W piątek po południu pożar rozrósł się do ponad 2100 akrów i był opanowany w 40%. Straż pożarna hrabstwa Ventura rozmieściła „zespoły monitorowania materiałów niebezpiecznych i radiologicznych” do śledzenia jakości powietrza, ustawiając punkty poboru próbek w siedmiu obszarach w pobliżu pożaru na północny zachód od centrum Los Angeles. Departament Energii również pomaga „z nadmiaru ostrożności”, co w języku rządowym oznacza „naprawdę mamy nadzieję, że to nie przerodzi się w katastrofę”.

Jak dotąd „nie ma oznak, że jakikolwiek materiał radiologiczny” został uwolniony, według Andrew Dowda, inżyniera i rzecznika straży pożarnej hrabstwa Ventura. „Pożar nie dotarł do Santa Susana Field Laboratory” – dodał, prawdopodobnie trzymając kciuki.

Mieszkańcy są jednak mniej uspokojeni. SSFL słynie z problemów radiacyjnych, które ciągną się od lat bez zakończonego czyszczenia – sytuacja, która wysyła rodzinom mieszane sygnały co do tego, jak bardzo powinny się martwić, zwłaszcza że miejsce to było sceną prawdopodobnie jednej z najgorszych awarii jądrowych w historii USA. Okręg Kontroli Zanieczyszczeń Powietrza hrabstwa Ventura poinformował w piątek, że „nie jest świadomy żadnych potwierdzonych skutków dla jakości powietrza poza terenem” konkretnie z SSFL w związku z pożarem. Rzecznik Boeinga powiedział, że firma „nadal koordynuje działania z władzami odpowiedzialnymi za kontrolę pożaru”.

Pożar w pewnym momencie objął nakazami ewakuacji ponad 33 000 osób, choć niektóre rodziny opuściły domy dobrowolnie – prawdopodobnie dlatego, że „w pobliżu płonącego obiektu nuklearnego” nie ma w większości broszur wakacyjnych.

Amy Marshall, 27-letnia była mieszkanka, obecnie mieszkająca w Thousand Oaks, pamięta, jak dorastając słyszała o toksynach na terenie laboratorium. „Zdecydowanie trzymam wszystkie okna zamknięte” – powiedziała. „Używamy mnóstwa filtrów powietrza w każdym pokoju i nie wychodzę na zewnątrz. Jeśli muszę wyjść, zakładam maskę lub jadę do rodziny na północ, aby uniknąć dymu”. To styl życia łączący nawyki z czasów pandemii z postapokaliptycznym przygotowaniem.

Pomiary radiacyjne z zeszłego roku i modelowanie po pożarze Woolsey w 2018 roku – który spłonął przez 80% terenu SSFL – „nadal wskazują, że ekstremalnie niskie poziomy resztkowego materiału radioaktywnego na terenie nie stanowią zagrożenia dla zdrowia publicznego, nawet jeśli aktywność pożaru dotrze do obszaru” – poinformowała straż pożarna w czwartek. Ale tym razem zmienne wiatry postawiły więcej osób na drodze potencjalnie skażonego dymu.

Były operator ciężkiego sprzętu, który pracował ze strażą pożarną hrabstwa Ventura przez dziesięciolecia, zauważył różnicę: „Podczas pożaru Woolsey wiatr wiał prosto w morze przez cały czas. Ale tym razem, z tymi zmiennymi wiatrami… nie wiem. Więc tak, jestem bardzo zaniepokojony”.

Niezależne badanie po Woolsey, analizujące 360 próbek, wykazało, że 3% zawierało cząstki radioaktywne pochodzące z SSFL. Inne badanie, finansowane przez Boeinga, nie wykazało takiego skażenia. Wyciągnijcie z tego wnioski.

Plan czyszczenia SSFL wciąż nie został sfinalizowany. Środki tymczasowe usunęły około 6000 jardów sześciennych najbardziej skażonej gleby w 2024 roku, ale to czyszczenie ograniczało się do jednego obszaru. Pełny zakres remediacji jest wciąż ustalany przez władze stanowe i federalne.