Nie żegnasz się ze starym samochodem, gdy kupujesz nowy – choć przypuszczalnie pozwoliliby ci, gdybyś zrobił awanturę, ale nie przewidują takiej możliwości. Po prostu zostaje na parkingu, czekając na następnego właściciela. Kluczyki już zabrali.

Zamiast tego, ja i moja żona jesteśmy odprowadzani innym wyjściem, gdzie czeka nasz nowy elektryk, jeszcze miejscami mokry po myciu. Sprzedawca pochyla się w oknie kierowcy, tłumacząc mi wyświetlacz na desce rozdzielczej i przełączniki na kolumnie kierownicy, ale ja nie słucham. Po dwóch długich wizytach w salonie mam dość kupowania samochodów.

„Ten niebieski pasek tutaj” – mówi – „pokazuje poziom rekuperacji w danym momencie…”

„OK, dzięki, pa” – mówię, ruszając i wyjeżdżając przez bramę.

„Nie wiem, co to wszystko znaczy” – mówię do żony, machając w stronę ekranu i deski rozdzielczej.

„Będziemy musieli posiedzieć z instrukcją” – mówi.

„Chwila, skręcam w lewo?” – pytam. „Jak włączyć kierunkowskaz? Cholera.”

Gdy wracamy do domu, żona bierze auto na przejażdżkę po okolicy, a potem spędza godzinę, siedząc w samochodzie i próbując wymyślić, jak ręcznie złożyć lusterka boczne, gdy auto jedzie, a nie automatycznie, gdy jest wyłączone.

„Żeby zmieścić się na podjeździe” – mówi. „Musi być jakiś sposób.”

Mieliśmy twardy termin zakupu auta – staremu zbliżał się przegląd MOT. Ale dotrzymanie terminu oznaczało też przejęcie nowego samochodu dzień przed planowaną długą podróżą. Krzywa uczenia się miała być stroma, ale żona zrobiła znacznie więcej pracy domowej niż ja.

Krótko po wyruszeniu żona zachęca mnie do pobrania aplikacji samochodu, tak jak ona to zrobiła, aby nawiązać bardziej znaczące połączenie między pojazdem a telefonem. Okazuje się, że auto nie pozwala na to w trakcie jazdy, nawet jeśli naciśniesz przycisk zapewniający, że jesteś pasażerem. W końcu ekran się zawiesza.

„No i po ptokach” – mówię. „Odcięci, bez informacji, zagubieni i dryfujący.”

„Jesteśmy na M3” – mówi żona. „Mapa wciąż jest na twoim telefonie.”

„Nie mogę nawet zmienić stacji radiowej” – mówię. „Tęsknię za naszym starym autem.”

Sięgam po instrukcję. W końcu znajduję to, czego szukam: przytrzymanie przycisku zasilania przez 10 sekund resetuje ekran.

„Systemy przywrócone” – mówię. „Powinniśmy być w trybie eco?”

„OK, samochodzie!” – krzyczy żona. „Co to jest tryb eco?”

„Rozumiem” – mówi auto. „Przełączam na tryb eco.”

„Nie, chciałam tylko wiedzieć, co to znaczy!” – wrzeszczy żona.

„Przepraszam, nie rozumiem” – mówi auto.

„Możesz zmienić radio?” – pytam.

Nasz cel podróży jest blisko granicy zasięgu auta, ale docieramy z około 50 km zapasu. Kilka dni później ruszamy w drogę powrotną w pełni naładowani.

„Teraz wiemy, że damy radę za jednym razem” – mówi żona, „powinieneś czuć się mniej zestresowany.”

„Może” – mówię. Mówiąc za siebie, nie wiem jeszcze, czy lęk przed zasięgiem to choroba początkujących, czy stan trwały.

Gdy żona pokonuje wąską wiejską drogę, auto pika i pojawia się żółta lampka ostrzegawcza.

„Niebezpieczeństwo” – mówię, parafrazując instrukcję. „Ryzyko uszkodzenia, obrażeń, śmierci itd.”

Żona dotyka ekranu, wybiera Stan pojazdu, a potem aktualizację lampki ostrzegawczej, która mówi „brak dostępnych informacji”.

„Nie wiem” – mówi. „Jadę dalej?”

Sto mil dalej i ja prowadzę, patrząc, jak bateria systematycznie spada, z lekko zaciśniętymi zębami.

„Oto, co według mnie się stało” – mówię. „Auto wjechało w martwą strefę sygnału i nie mogło korzystać z funkcji dynamicznego rozpoznawania znaków drogowych.”

„Nie wiem, co to jest” – mówi żona.

„Z tego samego powodu ekran stanu pojazdu nie miał informacji” – mówię.

„Ja już to przebolałam” – mówi. „Ty też powinieneś.”

„I z tego samego powodu lampka zgasła, gdy tylko opuściliśmy tę drogę.”

„Objazd” – mówi żona. „Musisz zjechać przed nami.”

„Objazd?” – pytam. „Ile dodatkowych mil?”

„Nie wiem” – mówi, oddalając mapę. „Piętnaście? Dwadzieścia?”

Gdy zjeżdżam na lewy pas…