Kennedy Center przygotowuje się do usunięcia nazwiska Donalda Trumpa z elewacji, po orzeczeniu sędziego, że instytucja musi powrócić do ustawowej nazwy. Niegramatyczny pseudonim „The Donald J. Trump and the John F. Kennedy Memorial Center for the Performing Arts” został naklejony w grudniu, a litery są teraz przeznaczone do rozbiórki – data i godzina do ustalenia, ale waszyngtońska prasa czuwa z lornetkami i przekąskami.
Nazwisko Trumpa zostało już usunięte ze strony internetowej centrum, podpisów e-mail, papieru firmowego, broszur, komunikatów prasowych, znaków, umów i porozumień – w zasadzie z każdej powierzchni, którą można było legalnie oczyścić bez młota pneumatycznego. Ponowne przemianowanie to zwycięstwo praworządności, ale jak donosi moja koleżanka Janay Kingsberry, centrum stało się teraz użyteczną metaforą dla Stanów Zjednoczonych ery Trumpa: usunięcie nazwiska to łatwa część; naprawa szkód to znacznie dłuższy i bardziej bolesny proces.
Trump nadal przewodniczy radzie po zwolnieniu połowy jej członków i mianowaniu lojalistów, pozostawiając centrum wydrążone i pozbawione steru. Sędzia Christopher Cooper orzekł, że rada nie otrzymała wystarczających informacji, aby zatwierdzić dwuletnie zamknięcie, ale nie wypowiedział się, czy to w ogóle dobry pomysł. Tymczasem artyści i widzowie uciekli, a centrum nie ma zaplanowanego programu – trochę jak teatr, który wyświetla tylko film o własnej dysfunkcji.
Problemy Kennedy Center odzwierciedlają problemy kraju, argumentuje artykuł. Przyszły prezydent mógłby usunąć arenę UFC z trawnika Białego Domu lub zburzyć planowaną salę balową Trumpa, ale coś musi wypełnić dziurę po starym Skrzydle Wschodnim. Co ważniejsze, musiałby odbudować Radę Bezpieczeństwa Narodowego, zastąpić partyjnych pachołków i odtworzyć proces międzyagencyjny – szkody mniej widoczne, ale trudniejsze do odwrócenia.
W Pentagonie przywrócenie prawnej nazwy Departamentu Obrony będzie łatwe, podobnie jak usunięcie nazwiska Trumpa z proponowanego przez niego pancernika nuklearnego „klasy Trump”. Ale zastąpienie amunicji użytej w jego nieautoryzowanej wojnie w Iranie lub uzupełnienie potoku kobiet i oficerów nie-białych, których kariery utknęły w martwym punkcie za sekretarza Pete’a Hegsetha, zajmie lata.
Przyszły prokurator generalny mógłby przywrócić niezależność Departamentu Sprawiedliwości, ale odbudowa zaufania wśród sędziów federalnych po 17 miesiącach partyjnych czystek jest trudniejsza – zwłaszcza biorąc pod uwagę exodus doświadczonych prawników i napływ wątpliwych rekrutów. (Merrick Garland może teraz zaświadczyć, że każda restauracja jest krucha bez zmian legislacyjnych.)
O ile Kongres nie zlikwiduje Departamentu Edukacji – co jest mało prawdopodobne – następna administracja może porzucić próbę Trumpa zabicia go, ale zastąpienie tysięcy doświadczonych urzędników służby cywilnej będzie wyzwaniem. Wybuch epidemii Eboli w DRK rozprzestrzenił się częściowo dlatego, że DOGE obciął w zeszłym roku amerykańskie fundusze na monitorowanie i powstrzymywanie, mimo że wydatki federalne rosły.
Przyszły prezydent mógłby zwolnić komisarzy w FCC i FTC, dzięki staraniom Trumpa o demontaż ochrony niezależnych agencji regulacyjnych – Sąd Najwyższy wydaje się gotów zatwierdzić to przejęcie władzy, co oznacza, że te organy będą na zawsze podatne na polityczną ingerencję, chyba że Kongres podejmie działania.
Groźba Trumpa, że odejdzie od Kennedy Center, sugeruje inne niebezpieczeństwo: może stracić zainteresowanie i zasnąć, pozostawiając części rządu samym sobie. Kiedyś mogło to być korzystne. W ich już zranionym stanie zaniedbanie nie byłoby łagodne.
Udana batalia prawna o usunięcie nazwiska Trumpa nie jest pusta, ale przyrostowa. Najtrudniejsza praca – zarówno dla Kennedy Center, jak i dla kraju – wciąż przed nami.