W poniedziałek rano sędzia nadzorujący w Nowym Jorku sprawę Luigiego Mangione o zabójstwo Briana Thompsona, dyrektora generalnego UnitedHealthcare, orzekł, że część dowodów zebranych przez policję nie może zostać pokazana ławie przysięgłych. Ale prawdziwy cyrk rozgrywał się przed sądem, gdzie garstka zwolenników Mangione postanowiła potraktować nowo nabyte akredytacje prasowe jako platformę do nieskrępowanych komentarzy.

Molly Crane-Newman, reporterka New York Daily News, uchwyciła tę scenę na nagraniu: Lena Weissbrot oświadczyła, że dzieci Thompsona są "lepsze bez niego" i że "muszą nauczyć się nie być jak ich tata". Inna uczestniczka, podająca się tylko jako Ashley, pomocnie dodała: "Stoję za tym. Pieprzyć Briana Thompsona. Mam wyjebane, że zdechł". Normalnie byłby to drobny przypis w tabloidach. Ale ci konkretni uczestnicy mieli na szyjach akredytacje prasowe – wydane przez miasto Nowy Jork, które pozwalały im przekraczać linie policyjne i uczestniczyć w oficjalnych wydarzeniach.

Lokalni reporterzy zaprotestowali, a były burmistrz Eric Adams dołączył, oskarżając obecną administrację o "lekkomyślność" w przyznawaniu akredytacji dziennikarzom. Miasto definiuje członka prasy jako osobę, która "zbiera i relacjonuje wiadomości" za pośrednictwem różnych mediów, w tym Internetu. Ale co odróżnia reportera od kogoś, kto był świadkiem czegoś i opublikował post? Czy esej na Substacie jest na równi z reportażem? To definicyjne bagno, które może wpłynąć na zbieranie informacji znacznie wykraczające poza sprawę Mangione.

Pod koniec dnia administracja burmistrza Zohrana Mamdaniego ogłosiła, że przegląda proces przyznawania akredytacji prasowych. Mamdani później powiedział, że trzy Mangionistki – które prowadzą konta w mediach społecznościowych pod tym pseudonimem – nigdy nie powinny były otrzymać przepustek. Ratusz wskazał na komentarze Mamdaniego, że trzy fanki "nie mieszczą się w [tej] debacie" o tym, kto powinien otrzymać akredytacje. Weissbrot najwyraźniej od września publikowała relacje z przesłuchań Mangione na blogu The Bicoastal Beat, choć nie ujawniono jej działań organizacyjnych. Karen Friedman Agnifilo, prawniczka Mangione, potępiła te wypowiedzi jako "ohydne i nieodpowiedzialne".

Incydent obnaża coraz bardziej rozmyte granice między dziennikarzem, influencerem, natrętem, fanem i aktywistą. Jeśli każdy może teoretycznie stać się "mediami", akredytacja staje się bezużyteczna – co podkreśla przypadek prawicowego kandydata antyszczepionkowego znanego jako "Sperminator", który wcześniej uzyskał przepustkę prasową. Sytuacja ujawnia również podziały w uniwersum zwolenników Mangione: niektórzy potępili komentarze, a People Over Profit NYC wydało oświadczenie je odrzucające. Inni zastanawiali się, czy zespół prawny Mangione może ubiegać się o nakazy ochronne przeciwko grupie, oskarżając ich o celowe sabotowanie oskarżonego.

Przebrnięcie przez tę sytuację jest niemożliwe w sprawie, w której publiczny udział był znakiem rozpoznawczym jej niesławy. Zwolennicy przekazali ponad 1,5 miliona dolarów na fundusz obrony prawnej Mangione; podobno jest zasypywany listami w więzieniu. Nadchodzący wybór ławy przysięgłych z pewnością zapyta potencjalnych przysięgłych, czy w ciągu ostatniego półtora roku udostępnili mema z Luigim. Taki jest problem bycia ulubionym oskarżonym Internetu: w końcu ktoś wsadzi nogę w usta, a ty będziesz musiał za to odpowiedzieć.