Próba rządu Wielkiej Brytanii, by narzucić cyfrowy dowód osobisty każdemu dorosłemu Brytyjczykowi, spotkała się z oficjalnym parlamentarnym wyrazem dezaprobaty. Komisja spraw wewnętrznych określiła wdrożenie jako 'nic innego jak katastrofę' – co w języku komisji oznacza 'co wyście sobie, do cholery, myśleli?'
Sir Keir Starmer ogłosił obowiązkowe cyfrowe dowody dla pracowników we wrześniu, by trzy miesiące później wykonać zwrot o 180 stopni, gdy opinia publiczna zareagowała z entuzjazmem kota wrzucanego do wanny. Rząd mówi teraz, że 'Britcard' będzie dobrowolny, najwyraźniej po zrozumieniu, że 'obowiązkowy' i 'zaufaj nam ze swoimi danymi' nie idą w parze.
Przewodnicząca Komisji Spraw Wewnętrznych, Dame Karen Bradley, pochwaliła koncepcję cyfrowego dowodu, ale skrytykowała jego wykonanie. 'Dla opinii publicznej to ogłoszenie było jak grom z jasnego nieba i miało mało sensu' – powiedziała. 'Wzbudziło obawy przed nadmierną ingerencją rządu w życie ludzi i było tak źle przemyślane, że mieli niewiele odpowiedzi, by rozwiać te wątpliwości.' Innymi słowy: improwizowali.
Pierwotny plan zakładał, że cyfrowy dowód będzie zawierał status pobytu, imię, nazwisko, datę urodzenia, narodowość i zdjęcie – czyli wszystko, co potrzebne, by potwierdzić, że nie jesteś postacią fikcyjną. Sir Keir argumentował, że ograniczy to fałszywe dokumenty i pożyczone numery ubezpieczenia używane przez nielegalnych pracowników. Ale przeciwnicy – w tym Big Brother Watch i petycja, która zebrała trzy miliony podpisów – ostrzegali przed 'masową inwigilacją i cyfrową kontrolą'.
Do stycznia obowiązkowy element padł, co było kolejnym odwrotem premiera. W marcu rząd ponownie uruchomił program jako całkowicie dobrowolny, przedstawiając aplikację jako sposób na ułatwienie życia użytkownikom usług publicznych. Minister gabinetu Darren Jones otworzył ośmiotygodniowe konsultacje i zebrał 'panel obywatelski' składający się ze 100 osób – bo nic tak nie mówi 'wyciągnęliśmy wnioski' jak proszenie o opinie po fakcie.
Dame Karen przywitała zmianę, ale zauważyła, że konsultacje powinny odbyć się 'od razu, a nie na odwrót'. Pochwaliła również obietnicę rządu, że nie stworzy scentralizowanej bazy danych – rzadki promyk nadziei dla obrońców prywatności. 'Cyfrowy dowód nie zyska powszechnej akceptacji, dopóki większość ludzi nie będzie ufać, że ich dane są bezpieczne' – ostrzegła. 'Każdy przyszły błąd może okazać się śmiertelny dla zaufania publicznego.'
Więc rząd wraca do deski kreślarskiej, próbując odbudować zaufanie do czegoś, co – jeśli zrobione dobrze – mogłoby być użyteczne. Ale jak sugeruje Dame Karen, jeszcze jedna wpadka i opinia publiczna może po prostu stwierdzić, że woli papierowe dokumenty i kojący zapach atramentu.