Były kongresman Barney Frank z Massachusetts zmarł we wtorek w wieku 86 lat, osiągnąwszy rzadki polityczny wyczyn bycia zapomnianym za życia, a potem przypomnianym na tyle wcześnie, by ogłosić własną śmierć z charakterystyczną fantazją. Autorzy nekrologów mieli używanie z niekonwencjonalnego życia Franka: jego homoseksualizmu (źródło wielu dramatów), daru do ciętych ripost (legendarny) i imponującego intelektu (zwykle czynił go najmądrzejszym człowiekiem w pokoju, niezależnie od pokoju - choć jego sylwetka była zazwyczaj krągła, a on sam pakował się w pogniecione garnitury i głęboko porysowane buty). W Kongresie, gdzie króluje partyjna banalność, Frank był postacią wyniosłą, nawet jeśli jego garnitury wyglądały, jakby w nich spał.
Przyjaźń autora z Frankiem sięga 1961 roku, kiedy obaj byli delegatami na Narodowy Kongres Studentów - choć nikt ich nie wybierał. Frank był już gwiazdą, dzięki swemu bystremu dowcipowi, znajomości zagadnień i mistrzostwu w regulaminie Roberta. Rozumiał, wtedy i później w Izbie, że znajomość reguł może być bardzo ważna w kluczowych momentach. Współpracowali nad rezolucją znoszącą Komisję Izby do spraw Działalności Antyamerykańskiej i dużo się śmiali. Autor nie zdawał sobie wtedy sprawy, że bardziej interesowały go dziewczyny, z którymi pracowali, niż Franka.
Po wygraniu miejsca w Izbie w 1980 roku, Frank onieśmielał kolegów swoją inteligencją, ale Nancy Pelosi to uwielbiała, mówiąc w 2009 roku dla The New Yorker: „To błyskotliwość oszczędza czas, ponieważ upraszcza nam to, co złożone”. Ta błyskotliwość przydała się po kryzysie finansowym w 2008 roku, kiedy Frank, jako przewodniczący Komisji Usług Finansowych Izby, uspokajał spanikowanych kolegów i tworzył twarde ustawodawstwo - rzadkość w polityce. Ustawa Dodda-Franka, współautorstwa z senatorem Chrisem Doddem, była jedną z najbardziej znaczących inicjatyw ustawodawczych naszej ery.
Frank czytał zachłannie, a dwa tygodnie przed śmiercią prosił przyjaciół o rekomendacje książek. W ostatnim roku napisał swoją czwartą książkę, „The Hard Path to Unity: Why We Must Reform the Left to Rescue Democracy”, której publikacja zaplanowana jest na wrzesień przez Yale University Press. Książka jest energiczna i polemiczna, zmęczona lewakami, którzy przedkładają Medicare dla wszystkich i prawa transpłciowych sportowców nad wygrywanie wyborów. Frank chciał przywrócić polityczną siłę praktycznym liberalnym demokratom, którzy wierzą w używanie rządu do poprawy życia niebogatych Amerykanów - temat od lat 60., kiedy debatował z Tomem Haydenem ze Stowarzyszenia Studentów Demokratycznych.
Najlepsza anegdota Franka: Podczas jednej debaty na kampusie Hayden nalegał, by siedzieć z publicznością. Frank podszedł do podium i powiedział: „Tom, jesteś takim korzeniem trawy, że nie wiem, czy powinienem z tobą debatować, czy zejść na dół i cię podlać”.
Frank od lat cierpiał na zastoinową niewydolność serca. W zeszłym miesiącu lekarze powiedzieli mu, że po kolejnym epizodzie nie będą w stanie utrzymać jego serca przy życiu. Rozpoczął opiekę hospicyjną w domu w lekko zaniedbanym wiejskim domku w Ogunquit w stanie Maine, dzielonym z mężem od 14 lat, Jimem Ready. Potem podniósł słuchawkę i osobiście zadzwonił do przyjaciół i rodziny, by przekazać ponurą wiadomość - odważny, oparty na faktach akt, który pokazał, jak bardzo Frank różnił się od dzisiejszych kongresmenów, przywiązanych do sprzedawania bzdur w mediach społecznościowych.
Czy nowy Barney Frank - niezwykle inteligentny, dobrze wykształcony, niezależny, bez osobistego majątku, zabawny regionalny akcent - mógłby dziś rozpocząć karierę polityczną? Autor życzy swoim trojgu wnukom, by odpowiedź brzmiała „tak”, ale śmiałby się z siebie, gdyby tak twierdził. Co Ojcowie Założyciele pomyśleliby o spikerze Mike'u Johnsonie, najczęściej widywanym publicznie z nerwowym uśmiechem? Ani Johnson, ani przytłaczająca większość dzisiejszego Kongresu nie dorównują obywatelom-uczonym, o jakich marzyli Ojcowie Założyciele, ani ich wielokrotne porzucanie uprawnień kongresowych nie spełnia tych oczekiwań.