Według Amerykanów, jest źle. Naprawdę źle. W tym miesiącu indeks nastrojów konsumenckich Uniwersytetu Michigan spadł do najniższego poziomu od 1952 roku, kiedy rozpoczęto badanie. Sondaż potencjalnych wyborców republikańskich wykazał, że tylko 43 procent ocenia gospodarkę jako „doskonałą” lub „dobrą”, a 55 procent jako „przeciętną” lub „słabą”; w przypadku potencjalnych wyborców demokratycznych udziały te wyniosły odpowiednio 5 procent i 94 procent. Rodziny o niskich dochodach są zdenerwowane, a także te o wysokich dochodach. Studenci i emeryci są ponurzy. Wyborcy wiejscy i miejscy są niezadowoleni. Ludzie martwią się o teraźniejszość i przyszłość. Martwią się o siebie i swoich sąsiadów.

Rzeczywiście, gospodarstwa domowe czują się gorzej ze swoimi osobistymi finansami i ogólnym stanem gospodarki niż podczas Wielkiej Inflacji lat 70., kiedy koszty artykułów spożywczych podwoiły się, a rząd był zmuszony racjonować benzynę; szoku Volckera w latach 1979-1982, kiedy średnie oprocentowanie 30-letnich kredytów hipotecznych sięgnęło 18,6 procent, a kraj popadł w niszczycielskie recesje; pierwszych miesięcy pandemii koronawirusa, kiedy upadło 200 000 firm, stopa bezrobocia flirtowała z 15 procentami, a podstawowe produkty, takie jak mleko modyfikowane, stały się niemożliwe do zdobycia; oraz Wielkiej Recesji, kiedy giełda straciła połowę wartości, system bankowy balansował na krawędzi implozji, a pożyczkodawcy przejęli 6 milionów domów.

Od kilku lat opisuję „vibecessję” i myślałem, że w większości ją rozumiem. Główne statystyki gospodarcze nie oddają kruchości i napięcia, jakiego doświadczają konsumenci. Rodziny mają trudności z opłaceniem opieki nad dziećmi i opieki zdrowotnej. Niedobór mieszkań pochłania dochody. Inflacja wkurza konsumentów za każdym razem, gdy wchodzą do sklepu spożywczego. Nierówności dzielą mających i niemających. Zamrożenie zatrudnienia uniemożliwia młodym ludziom rozpoczęcie wymarzonej kariery. Ale widząc najnowsze dane o nastrojach konsumenckich i porównując je z twardymi danymi gospodarczymi, stwierdziłem, że moje zwykłe wyjaśnienia są niewystarczające.

Amerykanie wyrażają jeden z najgłębszych, najszerszych i najbardziej upartych pesymizmów gospodarczych w historii. Robią to mimo że prawie każdy Amerykanin, który chce pracować, ma pracę, a giełda przeżywa boom. Nie jest idealnie, a ludzie mają wiele powodów do rozczarowania. Ale nie byłem w stanie znaleźć spójnego wyjaśnienia, dlaczego ludzie są tak przygnębieni w obliczu tak dobrej gospodarki, ani dlaczego są teraz tak wściekli.

Zamiast próbować zrozumieć, dlaczego Amerykanie mieli rację, zacząłem próbować zrozumieć, dlaczego się mylili. Nie powinniśmy już nazywać tego vibecessją, pomyślałem. Nastroje są tymczasowe, a cokolwiek to jest, nie znika. To „permacessja”. Ludzie przestali wierzyć, że gospodarka może być dobra, i stracili chęć przyznania, że dobrze sobie radzą. Ten pesymizm może być trudniejszy do naprawienia niż faktyczny kryzys.

W tym momencie czuję się zobowiązany do powtarzania niepopularnej, a może nawet obraźliwej prawdy – prawdy, której Amerykanie nie chcą słyszeć i w którą nie chcą wierzyć, prawdy, która może sprawić, że zostanę rozerwany w komentarzach i zhejtowany w internecie: Ta gospodarka przynosi znaczącą poprawę standardów życia większości amerykańskich rodzin w całym spektrum dochodów. Ta gospodarka jest całkiem, całkiem świetna.

Dziewięćdziesięciu sześciu na stu Amerykanów, którzy chcą pracować, ma pracę. Stopa niepełnego zatrudnienia jest niska, a wskaźnik aktywności zawodowej wysoki, co oznacza, że za efektownymi statystykami zatrudnienia nie kryje się pula zniechęconych pracowników. Młodzi pracownicy mają trudności z ugruntowaniem swojej pozycji ze względu na ostrożność firm w zatrudnianiu. Mimo to napięty rynek pracy napędzał wzrost płac, który zwiększył budżety rodzinne, nawet po uwzględnieniu inflacji. Realny rozporządzalny dochód osobisty, który mierzy, ile siły nabywczej faktycznie mają Amerykanie, jest na rekordowym poziomie. Nierówności się zmniejszyły.