Gdy sponsorowana przez brytyjski rząd konferencja Global Partnerships odbywała się w tym tygodniu w Londynie, na tle wysokich kosztów życia, obniżonych budżetów pomocowych i tankowców uwięzionych w Cieśninie Ormuz, coraz wyraźniej widać, że sektor pomocowy zbliża się do punktu krytycznego. Międzynarodowa sieć organizacji charytatywnych, która podtrzymuje zepsuty system pomocy, jest zarówno pod presją, jak i częścią problemu – niezdolna do dostosowania się do czasów i coraz bardziej nieprzydatna.

Przez lata duże międzynarodowe organizacje charytatywne opowiadały się za lokalizacją pomocy, deklarując zbiorowe zaangażowanie w transformację i dekolonizację. Ale tego nie osiągnęły. Mimo że są jednymi z najgłośniejszych głosów wzywających do zmian, wewnętrznie pozostają strukturalnie oporne na ewolucję – niekoniecznie ze złej woli, ale dlatego, że duże instytucje są zaprojektowane, by się utrzymać.

Władza, fundusze i podejmowanie decyzji pozostają skoncentrowane w rękach zagranicznych pracowników i zarządów, odległych od oddolnych inicjatyw. Tworzy to fundamentalną sprzeczność: same organizacje, które opowiadają się za zmianą, często są najmniej zdolne do jej wprowadzenia. Pojawiają się logiczne pytania, na które sektor po prostu nie jest gotów odpowiedzieć – na przykład, czy moralnie słuszne jest, by duża organizacja charytatywna z siedzibą w Wielkiej Brytanii wydawała 120 milionów funtów rocznie na zbiórkę funduszy głównie po to, by generować i utrzymywać miejsca pracy w Wielkiej Brytanii, zamiast przekazywać je organizacjom działającym w Sudanie, Bangladeszu i Mjanmie, które pod krajowym przywództwem rozwiązują własne problemy rozwojowe?

Społeczeństwo oczekuje, że ich datki trafią bezpośrednio do potrzebujących na poziomie oddolnym lub na pierwszej linii. Halima Begum, dyrektorka organizacji charytatywnych, która była dyrektorem generalnym Oxfam, Action Aid i Runnymede Trust, mówiła o tym problemie na panelu w zeszłym roku z innymi liderami międzynarodowych organizacji pozarządowych na konferencji przywództwa humanitarnego w Doha. Pomimo widocznych zobowiązań do równych partnerstw, międzynarodowe struktury są tak biurokratycznie rozwarstwione – od central po regionalne huby – że często nieumyślnie zagłuszają lokalne głosy.

Begum opowiada się za drastycznym ograniczeniem dużej infrastruktury i umożliwieniem krajowemu społeczeństwu obywatelskiemu, szczególnie organizacjom feministycznym i oddolnym, kształtowania agendy. Duże międzynarodowe organizacje charytatywne i agencje powinny się wycofać, przekierować nieograniczone fundusze i pozwolić społeczeństwu obywatelskiemu przewodzić. Obecne próby transformacji dużych międzynarodowych organizacji od wewnątrz nie zadziałają.

W miarę kurczenia się zasobów, coraz więcej pochłania przeciążony system pośredników utworzony przez wiodące międzynarodowe organizacje charytatywne, a mniej wsparcia dociera do społeczności na pierwszej linii. Jeśli poważnie myślimy o przesunięciu władzy, musimy przestać domyślnie opierać się na strukturach, które mają tendencję do jej gromadzenia. Nie wszystkie te organizacje powinny nadal odgrywać tę samą rolę co dziś. Niektóre mogą przejść transformację, połączyć się, zmniejszyć lub ustąpić. Inne mogą wykazać się realną zmianą i pozostać istotne. Ale system nie może być zachowany w obecnej formie.

Potrzebujemy, pisze Begum, nie tylko lepszych organizacji charytatywnych, ale nowego modelu dawania – takiego, który kieruje zasoby bezpośrednio do lokalnych i krajowych aktorów, buduje zaufanie i solidarność, a nie kontrolę i zgodność, oraz na nowo definiuje odpowiedzialność wobec społeczności, a nie pośredników. Nasze duże organizacje charytatywne muszą nauczyć się odpuszczać i zaakceptować, że ci, którzy są najbliżej problemu, często są najlepiej przygotowani do skutecznego działania.

Nie chodzi o porzucenie partnerstwa, ale o jego przeprojektowanie. Jeśli nadal będziemy inwestować w utrzymanie istniejącego systemu, odtworzymy jego ograniczenia. Jeśli jesteśmy gotowi zainwestować w coś innego, mamy szansę przesunąć władzę nie tylko w nazwie. Pytanie nie brzmi już, czy zmiana jest potrzebna, ale czy jesteśmy gotowi odpuścić struktury, które jej uniemożliwiają. Jeśli międzynarodowe organizacje pozarządowe, oficjalni darczyńcy i aktorzy filantropijni są poważni w kwestii przesunięcia władzy, test powinien być prosty: dokąd trafiają pieniądze?

Podążajmy za pieniędzmi.