Natura prowadzi własne eksperymenty chemiczne od eonów, a w ciemnych, lepkich zakątkach lasów i dżungli produkuje związki, które w bardzo specyficzny sposób mieszają ludziom w głowach. Weźmy żółty grzyb z opadającym kapeluszem, który rośnie w chińskiej prowincji Junnan, zwykle pod długimi igłami sosen. Ludzie, którzy go zjedzą, niezależnie od wieku czy pochodzenia, zgłaszają widzenie elfopodobnych postaci, które parkourują po ubraniach, meblach i ścianach. Te maleńkie akrobaty uwielbiają tańczyć i maszerować w formacji, a zamknięcie oczu nic nie daje – po prostu patrzą na ciebie z przekorą. Ta „lilipucia halucynacja” może trwać cały dzień, co jest albo fantastyczną sztuczką imprezową, albo koszmarem, w zależności od tolerancji na małych, drwiących gimnastyków.
Przez tysiące lat ludzie szukali w naturze substancji zmieniających umysł metodą prób i (czasem śmiertelnych) błędów. Dławili się paskudnymi korzeniami, gotowali zdrewniałe pnącza, skrobali gorzką korę z drzew, doili gruczoły ropuch, a nawet chlali mocz reniferów, które same były na tripie po grzybach. Te eksperymenty dały setki roślin i grzybów z psychodelicznymi związkami. Teraz, gdy badania nad psychodelikami zostały zalegalizowane, naukowcy w uniwersyteckich laboratoriach i biotechnologicznych startupach pytają: czy możemy zrobić lepszy? Pomysł jest kuszący – idealna mała pigułka, która pozwoli ci zrzucić stare ja i zobaczyć świat na nowo podczas półdniowej sesji terapeutycznej, pozostawiając cię oświeconym bez ryzyka skakania z budynku.
„Związki natury nie zawsze są optymalne” – powiedział mi Manoj Doss, profesor psychiatrii na Uniwersytecie Teksańskim w Austin. Weźmy ibogainę, naturalnie występujący psychodelik z afrykańskiego krzewu. Pojedyncza dawka może pomóc ludziom uwolnić się od opioidów, tłumiąc pragnienie i łagodząc objawy odstawienia. Ale ibogaina to „brudny lek” – tępe narzędzie biochemiczne, które obciąża serce. „Gdybyśmy mogli usunąć ryzyko sercowe ibogainy i zachować jej korzyści terapeutyczne, powinniśmy to zrobić” – powiedział Doss. Łagodniejszy analog został już opracowany w laboratorium, choć nie trafił jeszcze do badań klinicznych.
Doss zauważył proliferację laboratoryjnie modyfikowanych psychodelików. Niedawno słyszał o obiecującym nowym związku z tej samej klasy co MDMA. Ten jest podobno „najlepszy w historii” – mniej intensywny niż MDMA, społecznie rozluźniający, ale nie pełne „Kocham cię!” – i z dużo mniejszym spadkiem. „Po prostu płynie sobie do końca” – powiedział. Psylocybina, związek z grzybów halucynogennych, też mogłaby być ulepszona. Jest mało toksyczna – nikt nie umiera od przedawkowania – ale jej efekty mogą być nieprzyjemne lub tragiczne. Rekreacyjni użytkownicy mogą się pomylić i skoczyć z budynku – powiedział mi David Yaden, badacz z Centrum Badań nad Psychodelikami i Świadomością na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa. Nawet w ostrożnych warunkach laboratoryjnych pacjenci mogą mieć załamania psychotyczne lub epizody dysocjacyjne. „To jak bieganie maratonu lub wspinaczka na mentalną górę” – powiedział Yaden. „Niektórzy sobie z tym nie radzą”.
Jednym ze sposobów na zmniejszenie intensywności tripu psylocybinowego jest skrócenie go. Standardowy trip trwa od sześciu do ośmiu godzin i, podobnie jak inne silne psychodeliki, pozostawia osad na świadomości, który może nie spłukać się do snu. Kilka firm pracuje nad łagodniejszymi wersjami w sprayach do nosa, zastrzykach i paskach w stylu Listerine. Analog psylocybiny od Reunion Neuroscience daje haj trwający tylko trzy lub cztery godziny, według badania fazy 2 na 84 kobietach z depresją poporodową. Lek wykazał oznaki skuteczności klinicznej, choć Yaden nie jest w pełni przekonany, że krótsze tripy mają tę samą moc terapeutyczną co całodniowa podróż.
W San Francisco Mindstate Design Labs próbuje pójść dalej niż tylko tworzenie krótszych, łatwiejszych tripów. „Nie chcemy po prostu opracować wygodniejszej psylocybiny” – powiedział mi CEO Dillan DiNardo. „Chcemy zapewnić stany umysłu, które nie są jeszcze niezawodnie dostępne”. Firma zaczyna od związku, który wzmacnia estetykę