W styczniu 1977 roku, niecałe dwa lata zanim wielebny Jim Jones zorganizował śmierć setek swoich wyznawców, kościół w San Francisco przyznał mu Nagrodę Humanitarną im. Martina Luthera Kinga Jr. Jones, założyciel Świątyni Ludu Uczniów Chrystusa, zdołał stać się ważnym graczem w polityce miasta. Nikt nie przewidział, jak przerażające głębie osiągnie wkrótce połączenie charyzmatycznego przywódcy, wszechogarniającego systemu wierzeń i ludzkiej potrzeby wspólnoty oraz odkupienia.

18 listopada 1978 roku, w założonej przez Jonesa komunie rolniczej w dżunglach północno-zachodniej Gujany, 908 członków Świątyni Ludu, która stała się socjalistycznym kultem jednostki inspirowanym zielonoświątkowcami, albo połknęło poncz z cyjankiem, albo zostało zastrzelonych za odmowę. Większość ofiar to biedni czarnoskórzy Amerykanie; ponad 300 to dzieci. W Jonestown zginęły całe pokolenia rodzin - babcie podawały śmiercionośną miksturę swoim wrzeszczącym wnukom, zanim same ją połknęły. (Na podstawie nagrania i innych dowodów z tego wydarzenia, nie można stwierdzić, ile osób zmarło dobrowolnie; mężczyźni z bronią nadzorowali operację.) Zaledwie kilka godzin wcześniej, na pobliskim lotnisku, uzbrojeni ludzie działający na rozkaz Jonesa zamordowali trzech dziennikarzy, apostatę ze świątyni oraz kongresmana Leo Ryana, demokratę z Bay Area, który przybył do Jonestown w imieniu zaniepokojonych krewnych członków świątyni. Sam Jones zmarł od rany postrzałowej głowy.

Do czasu 11 września, Jonestown było największym zaplanowanym masowym zabójstwem amerykańskich cywilów w historii. W swojej książce z 1980 roku, "Podróż donikąd: Tragedia nowego świata", Shiva Naipaul bada, jak ideologie związane z amerykańską kontrkulturą przyczyniły się do tej masakry, i to, co znajduje, jest głęboko niepokojące: Jonestown nie było tylko dziełem jednego człowieka, argumentuje Naipaul; było również produktem moralnie skorumpowanego środowiska.

Fraza "pić Kool-Aid", metafora bezwarunkowego wyznawania wiary, zainspirowana została śmiertelnym koktajlem podanym w Jonestown. Ale mroczne żarty o masakrze sprzed prawie pół wieku mają to do siebie, że przesłaniają jej ciągłą aktualność. W ostatnich latach totalizujące ideologie, takie jak komunizm, faszyzm i islamizm, znalazły oddaną publiczność w mediach społecznościowych, a proliferacja demagogów manipulujących ludźmi dla złych celów jest ciągłym zmartwieniem.

Sam Jones był psychicznie chorym megalomanem. Ale ludzie, którzy poszli za nim do Ameryki Południowej, nie byli - biedni i bezbronni, tak; szaleni, nie.

Podczas zbyt krótkiej kariery Naipaula, pozostawał w cieniu swojego starszego brata, noblisty V.S. Po śmierci młodszego Naipaula w wieku 40 lat w 1985 roku, jego książka o Jonestown pogrążyła się w zapomnieniu. Na szczęście wydawnictwo Doubleday wznowiło "Podróż donikąd" w ramach nowej serii Outsider Editions, która ma na celu przywrócenie "niezwykłych książek", które "zostały przeoczone lub zapomniane, ale wciąż mówią pilnie do tej chwili". Wydanie to zawiera nowe wprowadzenie autorstwa Hua Hsu, laureata Nagrody Pulitzera w dziedzinie pamiętnikarstwa, i nie mogło trafić w lepszy moment.

Naipaul, jak pisze Hsu, był sceptyczny wobec światopoglądów, których wyznawcy "nie interesowali się rozwiązaniami problemów politycznych" i "chcieli czuć, że są zbawiani". Naipaul po raz pierwszy zrozumiał, jak "język religii może zostać przekształcony w język polityki" na swojej rodzimej Trynidadzie, gdzie kiedyś widział zwolenników przyszłego premiera trzymających transparenty ogłaszające go Mesjaszem. Zafascynowany dekolonizacją tak zwanego Trzeciego Świata - biednych narodów niezaangażowanych po żadnej ze stron zimnowojennych supermocarstw - Naipaul udał się do Jonestown dwa tygodnie po masakrze w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego komunia, którą Jones reklamował jako kolektywistyczną utopię, poszła tak tragicznie źle.

W drugiej połowie "Podróży donikąd" Naipaul zabiera nas do tego, co uważa za prawdziwe miejsce zbrodni: Północnej Kalifornii, gdzie