Japoński jen doświadczył nagłego przypływu siły, umacniając się o ponad 2% względem dolara, gdy rosną spekulacje, że Bank Japonii (BoJ) wreszcie może podnieść stopy procentowe. Waluta osiągnęła najwyższy poziom od miesiąca, 155,57, w czwartek, po wzroście o 0,9% dzień wcześniej - bo najwyraźniej na tych rynkach pojedyncza plotka wystarczy, by wprawić waluty w szał.

Globalne rynki pozostają niespokojne jak kofeinowa wiewiórka, wciąż odczuwając skutki tegorocznej wyprzedaży obligacji, wywołanej obawami, że wyższe ceny ropy mogą ponownie rozpalić inflację. Inwestorzy, wieczni optymiści, gorączkowo przeszacowują swoje oczekiwania co do stóp procentowych w głównych gospodarkach, a Japonia nagle znalazła się w centrum uwagi.

Katalizator? Członek zarządu BoJ, Hajime Takata, zasugerował, że bank musi działać bardziej "zwinie" - słowo, które w języku banków centralnych oznacza mniej więcej "może wreszcie zrobimy coś zdecydowanego". Nigel Green, dyrektor generalny doradcy finansowego deVere, zauważył, że szybkie umocnienie jena podkreśla kruchość rynku: "Tak nerwowe rynki nie potrzebują szoku, by gwałtownie zareagować, wystarczy plotka". Rzeczywiście, po co czekać na kryzys, skoro dobrze umiejscowiona wskazówka wystarczy?

Citi wtórowało, informując klientów, że komentarze Takaty były "najmocniejszym sygnałem, jaki usłyszeliśmy od zarządu" i przywróciły koncepcję przyspieszonej ścieżki podwyżek stóp. BoJ stopniowo podnosi stopy od dwóch lat, po tym jak Japonia wreszcie otrząsnęła się z dekad deflacji - bo po co komu spadające ceny, skoro można mieć... nieco mniej spadające ceny? - ale pozostawił główną stopę procentową na poziomie 1% w lipcu. Rynek widzi teraz 77% szans na podwyżkę na następnym posiedzeniu BoJ, które rozpocznie się 17 września. Te szanse są prawdopodobnie lepsze niż uzyskanie prostej odpowiedzi od polityka.

Japoński wiceminister finansów ds. międzynarodowych, Atsushi Mimura, był jak zwykle zachwycony, mówiąc, że jest "ani zadowolony, ani uspokojony" i że decydenci "pozostają w stanie podwyższonej gotowości". Bo nic nie dodaje pewności siebie jak urzędnik państwowy, który odmawia bycia zadowolonym lub uspokojonym.

Tymczasem globalna wyprzedaż obligacji nasiliła się na początku tygodnia po tym, jak prezes Rezerwy Federalnej USA, Kevin Warsh - nazwisko, które wciąż myli każdego, kto spodziewa się Jerome'a Powella - wygłosił przemówienie w zeszły piątek, obiecując sprowadzić inflację do celu. Warsh wcześniej zaskoczył inwestorów, porzucając podejście Fed do "forward guidance", ale na konferencji w Jackson Hole powiedział, że jeśli inflacja nie zbliży się do celu 2%, Fed będzie miał "więcej do zrobienia". To fedowa mowa, oznaczająca "może jednak znowu podniesiemy stopy, ludzie".

Dolar osłabł w czwartek po tym, jak gubernator Fed, Christopher Waller, zasugerował, że woli utrzymać stopy na stałym poziomie w tym miesiącu, parafrazując Johna Lennona: "dajmy szansę dezinflacji. Możemy poczekać jedno posiedzenie". Sentiment, który z pewnością przemówi do każdego, kto czeka na autobus, który nigdy nie przyjeżdża. Dolar spadł dalej względem jena, a także stracił na wartości wobec funta i euro.

Wyprzedaż obligacji wydawała się w czwartek łagodzić, a rentowność 10-letnich brytyjskich obligacji skarbowych oscylowała wokół 5,1% podczas porannego handlu - wciąż niewygodnie blisko szczytu 5,3% z 2008 roku. Bo nic nie mówi "stabilność gospodarcza" jak rentowności przypominające globalny kryzys finansowy.