Nowa książka J.D. Vance’a, *Communion*, odpowiada na pytanie, którego nikt nie zadał: jak wyglądałyby *Wyznania* Augustyna, gdyby święty inspirował się literacko nieśmiertelnym klasykiem Hillary Clinton, *Hard Choices*?
Jedna z najlepiej sprzedających się książek non-fiction 2014 roku, *Hard Choices*, liczy ponad 600 stron, z których wiele to fakty skopiowane i wklejone ze starych przemówień Clinton. To prawdopodobnie najmniej introspektywna książka, jaką kiedykolwiek napisano. Metoda jej ghostwriterów polegała na braniu garści banalnych abstrakcji z czasów pracy Clinton w Departamencie Stanu i zmianie czasów.
Książka Vance’a nigdy nie schodzi do tego poziomu, ale skłania do pytania, po co została opublikowana i dla czyjego zbudowania. Nawet jak na standardy lotniskowego non-fiction napędzanego wiarą, *Communion* nie jest zbyt interesująca. Wbrew temu, co sugeruje okładka, książka nie jest „historią” nawrócenia Vance’a na katolicyzm, którą już opisał w eseju opublikowanym sześć lat temu w redagowanym przeze mnie piśmie *The Lamp*. (Niezmienione fragmenty pojawiają się w obecnym tomie bez uznania.) Jeśli już, książka, od okładki z metodystycznym kościołem począwszy, wydaje się dziwnie nieśmiała wobec Kościoła katolickiego, ujmując większość argumentów dotyczących kwestii religijnych w ogólnie chrześcijańskim rejestrze. Gdy Vance porusza konkretnie katolickie tematy, jego język jest w niektórych przypadkach niezręczny, a w prawie wszystkich dziwnie nieidiomatyczny. W pewnym momencie opisuje siebie uczestniczącego we „Mszy żałobnej po męce Chrystusa”, frazie tak teologicznie wadliwej, że mogłaby być przedmiotem całego soboru powszechnego.
Podobnie jak *Hard Choices*, *Communion* jest pełna tego, co można luźno nazwać anegdotami. Weźmy tę o przyszłej żonie Vance’a, Uszy, która poleciła mu pamiętnik Joan Didion *Rok magicznego myślenia*, gdy byli studentami Yale Law School. Usha powiedziała, że znalazła go „kathartycznym”, co skłoniło Vance’a do sprawdzenia tego nieznanego słowa w Oxford English Dictionary. Jak to się robi? Dopóki nie natknąłem się na ten fragment, sądziłem, że środek diagramu Venna „ludzi, którzy używają płatnego OED zamiast Dictionary.com” i „ludzi, którzy nie wiedzą, co znaczy kathartyczny” jest pusty, jak Strategic Petroleum Reserve. Nie mówię, że historia Vance’a jest niemożliwa. Mówię tylko, że gdyby wydarzyła się tak, jak opisano, byłoby to jak odkrycie tego Beethovena w dobrze zaczytanym zestawie wielotomowego *New Grove Dictionary of Music and Musicians*.
Jeśli przypadkowe ujawnianie szczegółów zaprzeczających zdrowemu rozsądkowi to twój pomysł na przejmującą, poruszającą podróż w światło wiary, jest tego więcej. *Communion* zawiera to, co jest prawdopodobnie *ne plus ultra* nowego chwytu retorycznego – pośmiertne przywołanie Charliego Kirka, by uzasadnić cokolwiek autor lub mówca chce, byś uwierzył lub zrobił. W tym przypadku duch zostaje przywołany, by wyjaśnić, dlaczego Usha zaszła w ciążę; konkretnie dowiadujemy się, że wdowa po Kirku, Erika, powiedziała żonie Vance’a, że żałuje, iż nie miała więcej dzieci z Charliem, i to poruszyło Ushę głęboko – i wrzutka Marvina Gaye’a.
Ludzie decydują się na dzieci z każdego możliwego powodu lub bez powodu. Ale do niedawna okoliczności prowadzące do poczęcia były zazwyczaj prywatną sprawą. Gdyby zmarły przyjaciel zainspirował mnie i moją żonę do odnowienia znajomości z faktami życia, raczej nie czułbym się komfortowo, uwieczniając jego wpływ w moim duchowym pamiętniku-cum-manifeście wyborczym. Ale w tych stronach Vance wielokrotnie sprawia wrażenie, że jego książka ma dostarczyć quasi-ewangelicznego impulsu przyszłym rodzicom. Jeśli prawicowi ojcowie Ameryki zaczną używać „Zróbmy to – dla Charliego!” jako zachęty, wskaźnik urodzin w USA spadnie poniżej poziomu Watykanu.
To nadmierne dzielenie się drobnymi szczegółami współistnieje niełatwo z zaskakującym brakiem refleksji nad książką