George Russell zastanawiał się, którego bóstwa obraził, gdy z rozpaczą kontemplował swoją awarię w Grand Prix Kanady. Los, na dobre i na złe, zawsze odgrywa rolę, ale w Montrealu stało się jasne, że kolega z zespołu i lider mistrzostw Kimi Antonelli będzie w tym sezonie przerażająco trudny do pokonania, niezależnie od okoliczności.

Russell zatrzymał się na torze Gilles Villeneuve na 30. okrążeniu po emocjonującej walce z kolegą z Mercedesa Antonellim, która falowała. Brytyjczyk zasłużył na więcej; obaj wymieniali się prowadzeniem i jechali obok siebie wielokrotnie, centymetry od siebie, a raz nawet ocierając się o siebie, tylko po to, by wysiłki Russella poszły na marne, gdy wysiadł nie z jękiem, ale z powodu awarii baterii w jego samochodzie.

Jego blada twarz, gdy stał przy torze, mówiła wszystko. 19-letni Antonelli wygrał i objął prowadzenie w mistrzostwach świata nad Russellem z przewagą 43 punktów. Ogromna różnica, nawet przy 17 pozostałych wyścigach, jak przyznał Russell. „Teraz to on ma coś do stracenia” – powiedział w Kanadzie. „Jest tak wiele punktów przede mną. Czuję, że bogowie nie chcą, abym brał udział w tej walce. Ale wiecie, presja zniknęła. Wyjdźcie i cieszcie się każdym wyścigiem. Próbujcie wygrać każdy wyścig. Nie mam nic do stracenia. To oczywiście frustrujące, ale chcę być w tej walce. Mam nadzieję, że szczęście się odwróci”.

Zrozumiałe jest, że Russell czuje, iż nie miał szczęścia. Wygrał pierwszą rundę w Australii, ale potem w Chinach miał dwa problemy techniczne w kwalifikacjach, które były kosztowne, gdy jego kolega z zespołu zdobył pole position i wygrał. W Japonii miał niesamowitego pecha z timingiem samochodu bezpieczeństwa, co przyniosło korzyść Antonellemu, który ponownie wygrał, podczas gdy Russell mógł zająć tylko czwarte miejsce.

Oba niepowodzenia przyjął stoicko, świadomy, że długi sezon przed nim; jego siedem poprzednich sezonów w sporcie i niemała dojrzałość pozwoliły mu wchłonąć i przejść dalej po takich porażkach, patrząc na szerszy obraz. Russell pozostał spokojny i wręcz w dobrym humorze, nie chcąc dać się wykoleić wydarzeniom, na które nie miał wpływu. Na kolejnej rundzie w Miami Russell był nieco wolniejszy na torze, na którym nigdy nie błyszczał, ale i to przyjął na klatę, akceptując, że tor nie grał na jego korzyść. Antonelli jednak wygrał tam również.

Kanada miała być swego rodzaju resetem, torem, który pasuje Brytyjczykowi. Zdobył dwa pole position z rzędu i wygrał tu w zeszłym roku. To było jego królestwo i szansa na odzyskanie przewagi nad pędzącym młodym rywalem. Pole position i wygrana w sprincie, potem pole do GP. Jednak Antonelli był od niego tylko o włos w każdym przypadku. Szli koło w koło w sprincie, gdy Włoch dosłownie na nim wisiał, a w kwalifikacjach dzieliło ich tylko sześć setnych. Pierwsze 29 okrążeń wyścigu było takie same. Gdy Russell prowadził, Włoch ocierał się o jego skrzynię biegów, wychylał się na boki przy każdej okazji, szukając drogi.

Biorąc pod uwagę, że Antonelli nie mógł uciec Brytyjczykowi, gdy ten objął prowadzenie, wydaje się mało prawdopodobne, że był zasadniczo szybszy. Po prostu nic ich nie dzieliło. To doprowadziło do fascynującej walki, ale takiej, w której Russell, znacznie bardziej doświadczony z nich dwojga, mógł oczekiwać przewagi. To może ostatecznie martwić Russella bardziej niż awaria baterii, która zakończyła jego wyścig. W tej formie Antonelli jest dla niego równorzędnym przeciwnikiem pod względem czystej prędkości, a do tego dochodzi nieustraszona brawura młodości, która czyni go fascynującym do oglądania. Włoch jest impulsywny i wciąż podatny na błędy – jego zablokowanie kół, gdy Russell go wyprzedzał w Montrealu, mogło zakończyć wyścig obu. Ale w Kanadzie udowodnił, że jest zaciekłym i zdeterminowanym rywalem, którego Russell musi teraz wielokrotnie pokonywać, aby go dogonić.

Szef zespołu Mercedesa, Toto Wolff, celnie zauważył, że odporność i determinacja Russella to dwie