Według sondaży 'efekt Burnhama' jest realny, ale to mniej trampolina, a bardziej solidny taboret. Przekonujące zwycięstwo Partii Pracy w czwartkowych wyborach uzupełniających na burmistrza Greater Manchester potwierdziło to, co sondaże sugerowały od czasu, gdy nowy premier wkroczył na Downing Street: partia cieszy się umiarkowanym wzrostem poparcia, ale to jeszcze nie czas na świętowanie.
Sondaże z ostatniego tygodnia dają Partii Pracy średnio około 25 procent, co jest najwyższym wynikiem od początku ubiegłego roku i mile widzianą poprawą w porównaniu z 19 procentami, które udało im się zebrać pod koniec czerwca, kiedy sir Keir Starmer ogłosił swoją rezygnację. Ale z Reform UK depczącym im po piętach, przewaga Partii Pracy jest mniej więcej tak wygodna jak obcisłe dżinsy po obfitym posiłku.
To nie pierwszy taki przypadek. Gordon Brown zyskał siedem punktów po zastąpieniu Tony'ego Blaira w 2007 roku, a Boris Johnson odnotował wzrost o sześć punktów, gdy przejął władzę od Theresy May w 2019. Tylko Liz Truss, której przybycie zostało przyćmione przez śmierć królowej, nie doczekała się miesiąca miodowego. Ale nie zapominajmy o dziurze, którą odziedziczył Burnham: jego punkt startowy wynoszący 19 procent był najniższym w historii, jaki kiedykolwiek pozostawił po sobie odchodzący premier w trakcie kadencji, nawet niższym niż 23 procent, które Truss zostawiła po swoim 45-dniowym panowaniu.
Więc odbicie było nieuniknione. Ale nawet po nim średnia sondażowa Partii Pracy pozostaje najniższa dla nowego premiera w trakcie kadencji i wciąż daleko im do 35 procent, które zdobyli w 2024 roku. Zwycięstwo w wyborach uzupełniających było jednak przekonujące: 47-procentowy udział Partii Pracy w pierwszej preferencji był niższy niż 63 procent Burnhama w ostatnich wyborach na burmistrza, ale był prawie dwukrotnie wyższy niż 24 procent w majowych wyborach lokalnych i o cztery punkty wyższy niż w wyborach parlamentarnych w 2024. Nieźle, ale to nie jest lawina.
Burnham mądrze wykluczył wcześniejsze wybory, częściowo dlatego, że spadek Reform to w większym stopniu efekt ich samookaleczenia. Reform od jakiegoś czasu boryka się z pytaniami o legalność finansowania i o to, czy Farage powinien był zadeklarować pewne darowizny. Decyzja Farage'a z 7 lipca o ustąpieniu i rozpisaniu wyborów uzupełniających w Clacton, zaplanowanych na 13 sierpnia, najwyraźniej przyniosła odwrotny skutek. Jego notowania są najgorsze od 2024 roku, a poparcie dla Reform spadło z 27 do 24 procent – najniżej od 15 miesięcy.
W Manchesterze udział Reform w pierwszej preferencji spadł o dziewięć punktów, częściowo z powodu partii Ruperta Lowe'a, Restore Britain, która zdobyła prawie 9 procent głosów, wyprzedzając torysów. Gdyby nie problemy Reform, odbicie Burnhama mogłoby nie wystarczyć, aby Partia Pracy znalazła się na prowadzeniu w skali kraju.
Odbicie w dużej mierze zawdzięcza odzyskaniu wyborców od Zielonych i Liberalnych Demokratów, którzy obaj stracili po dwa punkty. Zieloni, którzy wcześniej przechwytywali niezadowolonych wyborców Partii Pracy, spadli do 11 procent, czyli o cztery punkty poniżej poziomu z czasu rezygnacji Starmera. Wśród wyborców Partii Pracy z 2024 roku poparcie dla Zielonych spadło z 14 do 9 procent.
Ogółem 67 procent wyborców Partii Pracy z 2024 roku deklaruje teraz, że zagłosowałoby na Partię Pracy, w porównaniu z 57 procentami, gdy Starmer odchodził. Partia Pracy traci też mniej wyborców na rzecz Reform, choć korzystają na tym również torysi, którzy po raz pierwszy od wiosny ubiegłego roku osiągnęli 20 procent. Ale Burnham wciąż stoi przed monumentalnym zadaniem odzyskania robotniczych, pro-brexitowych wyborców, którzy przeszli do Reform.
Przybycie Burnhama dało Partii Pracy nadzieję, ale droga do 2029 roku jest wybrukowana wyzwaniami politycznymi równie trudnymi jak te, które pogrążyły Starmera. To, czy Partia Pracy wygra, będzie zależeć od tego, czy wyborcy uwierzą, że obietnice Burnhama faktycznie się materializują.