„Chodzi o wczucie się w kulturę morza” – mówi mi sternik Chris O’Brien, spoglądając na falujący kobaltowy horyzont z koła katamaranu. „Ludzie znajdują w wodzie i medytacyjnym doświadczeniu żeglowania uzdrowienie”. Medytacyjny to słowo, które zwykle nie przychodzi na myśl, gdy mówimy o promach przez kanał La Manche w długi weekend, ale to nie jest zwykły prom.
Uruchomiony w zeszłym roku SailLink obsługuje w dużej mierze napędzaną wiatrem (silniki używane są tylko w razie potrzeby) trasę z Dover do Boulogne do pięciu razy w tygodniu między kwietniem a połową września, a nowa trasa Shoreham–Fécamp ma rozpocząć testy jeszcze w tym roku. Możliwość zabrania rowerów na pokład i uniknięcia długich kolejek celnych to duże atuty dla wielu podróżnych (urzędnicy przychodzą na łódź, aby sprawdzić dokumenty, więc nie trzeba czekać w terminalach). Dla moich dwóch nastoletnich synów jednak decydującym czynnikiem jest szansa na spróbowanie żeglowania i zamiana cztero- lub pięciogodzinnej podróży w przygodę.
Przyjeżdżamy do Dover pociągiem, spacerując do mariny w 15 minut, mijając plażę miasta i eleganckie gruzińskie kamienice Waterloo Crescent, zanim dotrzemy na wyznaczony ponton SailLink. Niecałe 45 minut później jesteśmy na pokładzie, patrząc, jak zamek w Dover i białe klify oddalają się, gdy kilku bardziej chętnych pasażerów pomaga podnieść żagle.
Katamaran może zabrać 12 pasażerów. Wśród nich są Paul i Caroline Docherty z Yorku, którzy przyjechali pociągiem do Londynu, a stamtąd rowerem przez Kent. „Jazda rowerem była gorąca i nieprzyjemna, więc pomyśleliśmy, że następnym razem po prostu popłyniemy z Hull, ale jestem przekonany” – mówi Caroline. „Uwielbiam to”. Podobnie moi synowie, którzy po lekcji sterowania od Chrisa rozłożyli się na siatkach na przodzie łodzi, wypatrując delfinów, gdy płyniemy kursem do Boulogne.
W ten spokojny, słoneczny dzień kołysze nas delikatne unoszenie i opadanie łodzi, a gdy docieramy do Boulogne, wpadamy w łagodniejszy rytm, dostrojony do wiatru, fal i pływów.
To odpowiednie podejście do Boulogne-sur-Mer, miasta tak głęboko ukształtowanego przez morze, że ma je w swojej nazwie. Historycznie strategiczne połączenie między Wielką Brytanią a Francją, dziś wciąż jest największym portem rybackim Francji, siedzibą szacownego targu rybnego i największego akwarium w Europie, Nausicaá.
Płynąc pod prąd tłumów odwiedzających Nausicaá, odbieramy rowery elektryczne i wytyczamy trasę na północ wzdłuż ścieżki rowerowej Vélomaritime do Cap Gris-Nez. Pedałując wzdłuż wybrzeża, mijając kolorowe willi z belle epoque w Wimereux, zanurzając się w morzu z bielonej plaży Ambleteuse i wijąc się w głąb lądu przez pola usiane podskakującymi skowronkami, czujemy się tak daleko od płaskiego, przemysłowego i zniszczonego wojną stereotypu Pas-de-Calais, jak to tylko możliwe.
Na Cap Gris-Nez kanał zwęża się do najwęższego punktu i wypatrujemy Kentu, smagani wiatrem, jedząc bagietki nadziewane lepkim serem.
Z powrotem w Boulogne wstępujemy do Maison de la Beurière, domu typowej lokalnej rodziny rybackiej, przedstawionego tak, jak wyglądał pod koniec XIX wieku. Były dyrektor muzeum, Jean-Pierre Ramet, opowiada nam, jak dominujące było morze nad życiem tych rodzin. Morze było zarówno szanowane, jak i budziło strach – dodaje: „Pojawienie się radia z naukowymi prognozami pogody spowodowało ogromny spadek religijności tutaj”.
Ponieważ nasza prognoza wciąż jest słoneczna, opuszczamy wybrzeże, ale nie wodę, jadąc pociągiem w głąb lądu do Saint-Omer. Kilkaset metrów od eleganckiego dworca w stylu zamkowym znajduje się Boat’Om, stylowo odnowiona barka handlowa, która będzie naszym domem na noc.
Daleko od późniejszego wcielenia barki jako klubu nocnego, właścicielka Angélique Boulet przekształciła péniche w kwaterę gościnną z czterema sypialniami i ogromną otwartą kuchnią trzy lata temu. Zacumowana na kanale Neufossé, 20 minut spacerem od katedry, Boat’Om jest oazą spokoju w sercu miasta. Dryfujemy...