Etap 17 Tour de France rozgrywał się jak partia szachów na kółkach, z obsadą obejmującą belgijskiego specjalistę od klasyków, zmagającego się z chorobą Adama Yatesa i mnóstwo zapierających dech w piersiach ujęć z drona francuskich wąwozów. Na 20 km przed metą Jasper Stuyven minął punkt pomiarowy, a jego klasyczny rodowód sugerował, że może mieć nogi na ten płaski finisz. Wypracował 25-sekundową przewagę nad pięcioma towarzyszami ucieczki na 22 km przed metą, pozostawiając ich do rozważenia odwiecznego pytania: gonić teraz czy modlić się o masowy sprint?

Wcześniej Yates „był na wyczerpaniu” z powodu problemów żołądkowych, według UAE Team Emirates, podczas gdy Mads Pedersen ruszył w drogę w pogoni za chwałą (i punktami do zielonej koszulki). Grupa uciekinierów z Benem Healym, Stuyvenem, Pedersenem, Felixem Engelhardtem, Edwardem Planckaertem i Michałem Kwiatkowskim utrzymywała niepewną przewagę, gdy peleton debatował, czy pozwolić im uciec. Tymczasem ITA potwierdziło, że wszyscy pozostali kolarze przeszli antydopingowe badania krwi w zwykłym oknie 6:00-23:00, co stanowiło ostry kontrast z wizytami o 2:00 i 5:00, które Pogacar nazwał „nieludzkimi”.

Gdy kolarze mijali krystalicznie błękitne wody Lac de Paladru, różnice czasowe się zmniejszały, a wątków pobocznych przybywało. Sześciu liderów miało 1 minutę i 20 sekund przewagi na 36 km przed metą, ale 37-osobowa maszyna goniąca – z Van der Poelem, Kooijem i Philipsenem – deptała im po piętach. Na 100 km przed metą 16-osobowa ucieczka miała 45 sekund przewagi, ale sprinterzy czaili się, a autobus formował się za Girmayem. Gdzieś w środku Jonas Vingegaard przeszedł udaną operację obojczyka w Danii, przypominając wszystkim, że ten wyścig to tyle samo walka o przetrwanie, co o prędkość.