Robert F. Kennedy Jr., sekretarz zdrowia i opieki społecznej USA, ma nowe hobby: przekonywanie Amerykanów, że ich antydepresanty to w zasadzie trucizna. Bez wiarygodnych dowodów sugeruje, że SSRI mogą powodować strzelaniny w szkołach i ogłasza plany zniechęcania do przepisywania i zachęcania do odstawiania. Bo nic tak nie mówi „polityka oparta na dowodach” jak klimat.

Około 17 procent dorosłych Amerykanów przyjmuje antydepresant, a wielu z nich – w tym faktyczni pacjenci prawdziwych psychiatrów – nie jest zachwyconych. Jeden pacjent, który wielokrotnie próbował odstawić Zoloft, tylko po to, by depresja wróciła, powiedział swojemu lekarzowi, że nie pojmuje, dlaczego sekretarz zdrowia chciałby mu zabrać leki.

Gwoli sprawiedliwości, Kennedy ma rację co do nadmiernego przepisywania. Niektórzy dostają antydepresanty, których nie potrzebują, lub biorą je zbyt długo. Niezależna grupa zadaniowa niedawno zasugerowała większą uwagę na stopniowe odstawianie. Ale kiedy Kennedy mówi o odstawianiu, konkretów brak. Mówi, że nikomu nie każe przestać, tylko „podjąć właściwą decyzję” z lekarzem – co jest mniej więcej tak pomocne, jak powiedzenie „wyzdrowiej”.

Antydepresanty działają dobrze w przypadku umiarkowanej i ciężkiej depresji – takiej, przy której nie możesz wstać z łóżka lub myślisz, że życie nie jest warte życia. W przypadku codziennego stresu, jak praca wysysająca duszę czy żałoba, są mniej więcej tak przydatne jak czajniczek z czekolady. Mimo to niektórzy lekarze i tak je przepisują, prowadząc do niepotrzebnych skutków ubocznych i zamieszania co do skuteczności.

Metaanaliza z 2010 roku wykazała, że największe korzyści odnoszą najciężej chorzy na depresję; w przypadku łagodnej depresji różnica między lekiem a placebo jest bliska zeru. Żadne krajowe dane nie dowodzą jednak powszechnego nadużywania. Badanie z 2014 roku wykazało, że 40 procent recept na antydepresanty nie miało udokumentowanej diagnozy psychiatrycznej, ale SSRI są legalnie stosowane w leczeniu bólu, rzucaniu palenia i bezsenności. A odsetek 17 procent jest zgodny z rzeczywistym obciążeniem chorobami psychicznymi: 7 procent z dużym zaburzeniem depresyjnym, 4 procent z PTSD itd.

Skutki uboczne, takie jak obniżone libido i przyrost masy ciała, występują u niewielkiego odsetka użytkowników i często są przejściowe. Krucjata Kennedy'ego ryzykuje szkodliwą nadreakcją na ograniczony problem, ignorując przy tym większy kryzys: niedostateczne leczenie. Badanie National Survey on Drug Use and Health z 2023 roku wykazało, że około jedna trzecia dorosłych z dużą depresją nie otrzymała żadnego leczenia. Bariery obejmują nieznajomość miejsc, do których można się udać, przekonanie, że sobie poradzą, lub koszty – a także stygmatyzację, którą retoryka Kennedy'ego tylko pogłębia.

Depresja jest poważna: około połowa osób z epizodem przechodzi w chorobę przewlekłą, a ryzyko samobójstwa w ciągu życia wynosi od 2 do 9 procent. Wielu pacjentów potrzebuje SSRI długoterminowo, podobnie jak leków na nadciśnienie. Kennedy porównał uzależnienie od antydepresantów do uzależnienia od heroiny, ale antydepresanty nie dają haju ani nie wymagają zwiększania dawek. Objawy odstawienia, według największego badania, są zwykle łagodne i krótkotrwałe.

Preferencja Kennedy'ego dla psychoterapii, ćwiczeń i „prawdziwego jedzenia” zamiast leków jest w teorii w porządku, ale autor widział triatlonistów na ścisłej diecie, którzy popadli w samobójczą depresję. Przyjęcie antydepresantu po wypróbowaniu zmian stylu życia nie jest wadą charakteru – to uznanie, że choroba ma podłoże biologiczne. Czasami trzeba wziąć tę cholerną pigułkę.