Psy podążają za kierunkiem ludzkiego spojrzenia prawie tak dobrze jak inny człowiek – a nawet lepiej, gdy są zmotywowane, bo psy są nieustępliwe. Śledzą ruchy naszych gałek ocznych, by zobaczyć, na co patrzymy, aby też na to popatrzeć, i dręczą nas, byśmy równie uważnie patrzyli na nie. Gdy mój zmarły golden retriever chciał mi coś pokazać – piłkę, która potoczyła się pod płotem, mężczyznę o nieregularnym chodzie – nie zawsze szczekał. Czasem najpierw patrzył na piłkę lub mężczyznę, potem na mnie, potem znów na piłkę lub mężczyznę, aż podniosłem piłkę lub odszedłem od mężczyzny. Ludzie cały czas mówią oczami, ale od czasu do czasu ogarniało mnie zdumienie, że świadomość tak radykalnie różna od mojej może komunikować się tak skutecznie. Wtedy kochałem go jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, i czułem się trochę niepewnie. Mój pies stawiał się na moim poziomie konwersacyjnym, że tak powiem, a może lepiej powiedzieć, że wciągał mnie na swój poziom.
Pierwsze udomowione zwierzęta, psy rozpoczęły ten proces około 20 000 lat temu, a im więcej czasu spędzały w naszym polu widzenia, tym dłużej mogły utrzymywać kontakt wzrokowy. Teoria ewolucji oferuje wyjaśnienie: psy, które potrafiły podążać za ludzkim spojrzeniem i przewidywać ludzkie działania, odnosiły większe sukcesy jako partnerzy w polowaniu lub pasterstwie.
W eseju z 1977 roku zatytułowanym „Po co patrzeć na zwierzęta?” krytyk sztuki i powieściopisarz John Berger opowiada mit o pochodzeniu znaczenia widzenia i bycia widzianym przez istoty różne od nas. Aby streścić zawiłą opowieść: Dawno temu, zanim ludzie udomowili zwierzęta, zwierzę spojrzało na człowieka, a człowiek spojrzał na zwierzę i człowiek zobaczył, że zwierzę jest inne i że nie mogą się zrozumieć. A jednak człowiek rozpoznał współtowarzysza z własną mocą, „porównywalną z ludzką mocą, ale nigdy się z nią nie pokrywającą”, i uświadomił sobie, że bycie widzianym przez zwierzę czyni go bardziej sobą. Czuliśmy się mniej samotni jako gatunek. Ale potem, pisze Berger, kapitalizm przemysłowy zredukował zwierzęta do rzeczy – zabawek, przyszłych paczek mięsa, nawet „nowej zwierzęcej marionetki: miejskiego zwierzaka”. Straciliśmy „towarzystwo, które jest inne niż jakiekolwiek oferowane przez ludzką wymianę”.
Berger miał rację co do poczucia całości płynącego z widzenia siebie w oczach zwierzęcia i miał rację, sądząc, że siły ekonomiczne mogą podważyć tę więź, ale mylił się co do zwierząt domowych. Zastanawiam się, czy miał psa. Albo kota. W 1997 roku Jacques Derrida prowadził seminarium na temat doświadczenia widzenia siebie widzianego przez swojego kota, gdy stał przed nim nagi. Opublikowany jako książka w latach 2000., wykład stał się kluczową częścią rewizjonistycznej filozofii interakcji człowiek-zwierzę. Derrida obala solipsystyczną kartezjańską formułę samopoznania „Myślę, więc jestem” i zastępuje ją wizją siebie widzianego oczami zwierzęcia. Derrida odczuwa wstyd przed kotem, relacjonuje, ale nie jest pewien dlaczego. Być może „wstydził się, że jest nagi jak zwierzę”, myśli. Wkrótce pyta: „Kim więc jestem?”
Psy musiały wywoływać te same nerwowe, niesamowite doliny uczucia u wczesnych artystów, co kot Derridy u niego, ponieważ psy pojawiają się częściej niż jakiekolwiek inne udomowione zwierzę w sztuce prehistorycznej i starożytnej. Sztuka psów sięga prawie 10 000 lat wstecz, kiedy to ludzie wczesnego holocenu malowali gigantyczne obrazy na skałach w Arabii Saudyjskiej przedstawiające ludzi i psy współpracujące podczas polowania. Niektóre psy w stadzie wydają się patrzeć w górę na człowieka. Tysiące lat później człowiek i pies stali się tak swobodni w swoim towarzystwie, że nie musieli wymieniać spojrzeń. Na starożytnej greckiej wazie z lat 500-450 p.n.e. mężczyzna i jego pies oglądają itifaliczny herm, falliczny posąg z głową boga Hermesa; obaj wydają się wyrażać rozbawione zdziwienie. Mężczyzna ciągnie posąg za brodę, jakby testował, czy jest prawdziwa. Pies prawie minął postać, ale zatrzymuje się i odwraca głowę.