W nadchodzącym tygodniu dziennikarze będą powtarzać trzy rzeczy, aż znudzą się nimi i wy: że wybory lokalne wypadają w następny czwartek; że wyniki zadecydują o losie Keira Starmera; i że ma on wypaść źle. Ale jak źle i gdzie? W zeszłym tygodniu własna partia Starmera dała dużą wskazówkę.
Najpopularniejszy polityk w Wielkiej Brytanii zjechał z Manchesteru, by spędzić cały dzień na kampanii w Londynie. Gdy Andy Burnham jeździł z Haringey do Brixton, zagrzewał szeregowców Partii Pracy: „Nie wchodźcie w ostatnie dwa tygodnie z opuszczonymi ramionami” – mówił im. „Podnieście ramiona”. Lobbyści przedstawiali to jako najazd Króla Północy na południe, ale jego wizyta mówi więcej niż to. Londyn zwykle eksportuje swoich aktywistów Partii Pracy, pakując ich do busów, by nieść dobrą nowinę fabianizmu poganom spoza M25. Teraz stolica wzywa posiłki z zewnątrz. Trasa Burnhama – Lambeth, Haringey, Southwark – należy do najczerwieńszych obszarów mapy wyborczej Wielkiej Brytanii. Ostatni bastion poparcia dla Partii Pracy w kraju, Londyn, zaczyna się walić.
Nawet gdy pukają do drzwi i roznoszą ulotki, ludzie Partii Pracy już odpisali całe połacie kraju: Szkocję i Walię, gdzie partia rządząca będzie walczyć, by nie przegrać zbyt sromotnie. Ale Londyn to inna historia; nawet w klęsce 2019 roku pozostał głęboko czerwony. W każdej turze wyborów samorządowych w ciągu ostatnich dwóch dekad Partia Pracy zdobywała mandaty. Teraz partia stoi w obliczu tego, co sondaże prognozują jako najgorsze wyniki od 50 lat. Jeden z liderów rady uważa czwartek za „największą walkę mojego politycznego życia”. Zieloni mogą wygrać burmistrzostwa Lewisham i Hackney i są optymistami co do wyparcia kilku śródmiejskich rad spod kontroli Partii Pracy. Ponieważ Londyn stanowi ponad jedną trzecią mandatów w radach, które są kwestionowane, odwrót Partii Pracy na jej własnym podwórku będzie jedną z największych historii przyszłego weekendu.
Wpływ na partię już w ostrym spadku jest trudny do przecenienia. Londyn to miejsce, gdzie Keir Starmer, David Lammy i Wes Streeting mają mandaty – cue niekończące się grafiki pokazujące, jak upokarzająca będzie porażka każdego z nich w wyborach powszechnych. Ale stanowisko w radzie w stolicy zdobi też CV ogromnej liczby parlamentarzystów Partii Pracy. Jak powiedziała Margaret Hodge: „Śródmieście Londynu przyciąga smutnych politykierów, którzy chcą zostać posłami”, a ona powinna wiedzieć: prowadziła radę Islington przez większość lat 80. Zieloni wyglądają na gotowych do pokonania Partii Pracy w Southwark i Lambeth: poligonu Morgana McSweeney’ego, Steve’a Reeda, Ali McGovern i reszty frakcji rządzącej partią w Westminsterze.
Prasa pewnie opisze to jako dzieło Magica Zacka Polanskiego, który robi z udziałem Zielonych to, co lata temu obiecał zrobić z kobiecymi cyckami. Ale to pomija o wiele ciekawszą prawdę: jak ujął to jeden z seniorów radnych Partii Pracy: „Wszystkie nasze kury wracają na grzędę”. Kiedy kilka tygodni temu chodziłem z Zielonymi po domach w Lewisham, wyborcy mówili, że nie mogą głosować na partię współwinną zniszczenia Gazy lub wygłaszającą faragizmy o imigracji. W mieście, gdzie prawie połowa ludzi to mniejszości etniczne, prowadzenie takiej polityki jest zabójcze, bo pokazuje pogardę, jaką Starmer i jego zespół mają dla tych samych wyborców, którzy mają na nich głosować. Geniusze z Downing Street 10 mogli myśleć, że grają w dobrą politykę, goniąc za „bohaterami wyborców”. Ale w oczach znacznej części elektoratu pokazali zgniłą moralność i nie wiadomo, jak jakikolwiek lider się z tego podniesie.
Jest jeszcze jeden siniak, który Zieloni ciągle biją, szczególnie intrygujący, bo dotyczy polityki: mieszkalnictwa. W centrum ich kampanii jest potrzeba sprawiedliwego systemu mieszkaniowego. Wielka ironia polega na tym, że Partia Pracy dosłownie zbudowała swoją bazę wyborców w Londynie na mieszkaniach komunalnych. W całym Islington, Southwark, Camden wznosiła osiedla mieszkaniowe. Oferta, jaką złożyła robotniczym londyńczykom, była prosta