Zawsze to emocjonalny cios, gdy były prezydent USA Barack Obama pojawia się na ekranie. Algorytm Instagrama wysyła mi go mnóstwo, bo wie, że zawsze klikam, gdy jest czarujący z dziećmi, mężny w przemówieniach, fajny na wiecach, elokwentny i dowcipny przy każdej okazji, nieskończenie opanowany, współczujący, inteligentny, przystojny, rozważny – w skrócie: w pełni funkcjonujący dorosły człowiek. Algorytm nie wie, że przed kliknięciem wyginam się z bólu i cicho płaczę nad tym, jak nisko upadliśmy – USA kichnęło, ale Wielka Brytania na pewno się przeziębiła.

A potem pojawia się na początku „Życia, Larry'ego i pogoni za nieszczęściem: Prawie historii Ameryki” (jednego z dzieci jego i Michelle’a, Higher Ground Productions), by przypomnieć, że na dodatek ma nienaganne wyczucie czasu. Gdy przechadza się po tym, co zakładam, że jest nowym Centrum Prezydenckim Baracka Obamy, tak pięknie moduluje swoją grę, że prawie znów zacząłem cicho płakać. Gdybym wiedział, jaka katastrofa nastąpi po tym mistrzowskim występie, szlochałbym.

„Życie, Larry i…” to siedem półgodzinnych odcinków w poszukiwaniu puenty. E pluribus unum. Szczęśliwsze odcinki znajdują dwie, może trzy. Boże, chroń resztę. Każda połowa godziny składa się z trzech lub czterech skeczy z Larrym Davidem z „Curb Your Enthusiasm” jako Larrym Davidem robiącym swoje numery z „Curb Your Enthusiasm”. Co jest nieco inne i o wiele gorsze. To głównie krzyczenie rzeczy, które pewnie już słyszałeś i lepiej ujęte, w strojach z epoki. W pierwszym odcinku krzyczy w upudrowanej peruce jako członek Kongresu Kontynentalnego, który miał szansę napisać projekt Deklaracji Niepodległości przed Jeffersonem. W rękach Larry'ego z XVIII wieku miała ona dotyczyć znacznie więcej niż 27 historycznych żalów. Chce uczynić nielegalnym dzielenie się parasolami („Zapomniałeś własnego parasola? Trudno!”), dzielenie się deserami (z powodów seinfeldowskiego podwójnego maczania) lub życzenie komuś szczęśliwego nowego roku po 7 stycznia. I każdy powinien mieć prawo zapytać, kim są inni goście, zanim przyjmie zaproszenie na kolację.

To trwa. Wszystkie skecze tak. Następny dotyczy pierwszej rozmowy telefonicznej między Alexandrem Grahamem Bellem a jego asystentem Watsonem. Oboje są niezręczni, nudni i nie wiedzą, jak zakończyć. Inny, w trzecim odcinku, o przesłuchaniach McCarthy'ego, trwa prawie tak długo, jak same polowania na czarownice.

Inne skecze przedstawiają Larry'ego krzyczącego jako żołnierza z I wojny światowej w okopach, początkowo próbującego uniknąć zgody na dostarczenie listu kolegi do jego dziewczyny, jeśli ten zginie, a potem unikającego wojny całkowicie, udając postrzelonego na ziemi niczyjej, lub krzyczącego jako trzeciego brata Wright, sprzeciwiającego się zajęciu środkowego siedzenia w ich pierwszym samolocie. Znowu znajome. Co niekoniecznie by miało znaczenie – fani Larry'ego Davida włączą się, by zobaczyć Larry'ego Davida jako Larry'ego Davida – gdyby jego talenty były w pełni widoczne i przeszywały tchórzostwo i hipokryzje ludzkiej kondycji, tak byśmy wiją się w wykwintnej agonii razem z nim i/lub ludźmi wokół niego. Ale nie są.

Kilka skeczy dotykających rasizmu – Larry jako gadatliwy nudziarz siada obok Rosy Parks w autobusie i zanudza ją z powrotem na tył; Larry jako gospodarz wzdłuż Kolei Podziemnej, który jest wykorzystywany przez swoich gości, którzy odmawiają pomocy (na tej podstawie, że to „niewolnicze rzeczy”) – udaje im się być zarówno ćwiczeniami w ściąganiu ciosów, jak i uderzaniu w dół. To sprawia, że jest to złe doświadczenie komediowo, a także na wiele innych sposobów. To powiedziawszy, jest jeden moment – gdy Larry Nudziarz pyta Rosę, czy wolałaby być okradziona przez czarnego czy białego mężczyznę („Ciekawe, socjologicznie”) – gdy przypominasz sobie Davida w jego najlepszym, brzytwowym wydaniu, destylującego esencję mnóstwa niewypowiedzianych ludzkich komplikacji w jedno zdanie. Ale są one rozpaczliwie nieliczne.

To jednak znajomość materiału jest najbardziej uderzającą wadą. To, co jest oferowane, nasuwa na myśl