Nominowany szef Sił Kosmicznych mówi „nie” prywatnym korsarzom, prawdopodobnie rozczarowując niektóre duchy z XVIII wieku
Następny szef Sił Kosmicznych mówi, że prywatna broń kosmiczna nie wchodzi w grę, rujnując marzenia XVIII-wiecznych korsarzy i współczesnych cyber-handlarzy.
W XVIII wieku, gdy Marynarka Wojenna USA składała się właściwie z kilku facetów z łodziami wiosłowymi i marzeniami, prezydent John Adams był wielkim fanem korsarzy – prywatnych statków, którym rząd dawał pozwolenie na wysadzanie wrogich jednostek. W listopadzie 1799 roku podpisał nawet list upoważniający statek handlowy do „poskramiania, zajmowania i przejmowania każdej uzbrojonej francuskiej jednostki” w pobliżu wód USA albo, no wiecie, gdziekolwiek. Francja też to robiła. To był Dziki Zachód mórz, ale z większą ilością papierkowej roboty.
Przenieśmy się 250 lat do przodu – korsarstwo jest teraz w większości nielegalne na mocy prawa międzynarodowego, choć wciąż technicznie figuruje w Konstytucji. USA nie używały go od wojny 1812 roku (chyba że liczyć Konfederację, której nie liczymy). Ale niektórzy współcześni prawodawcy, jak senator Mike Lee (R-Utah) i reprezentant Tim Burchett (R-Tenn.), chcą je przywrócić do walki z kartelami narkotykowymi i cyberwojny. Lee nazwał to „ostatecznym białym kapeluszem w hakowaniu”. Jasne, czemu nie.
Teraz możecie się zastanawiać, czemu reporter kosmiczny o tym mówi. Cóż, bo kosmos to nowy Dziki Zachód, a granice między komercyjnymi a wojskowymi operacjami są bardziej rozmyte niż tweet Muska. Gdy Starlink i inne prywatne satelity stają się celami wojskowymi, pojawia się pytanie: co powstrzymuje prywatnego operatora kosmicznego przed przejściem do ofensywy? Najwyraźniej list kaperski.
Siły Kosmiczne USA już używają prywatnie posiadanych satelitów w ćwiczeniach wojskowych, choć nie mają one broni (chyba że liczyć taranowanie, które jest niemile widziane). Ale broń kosmiczna nadchodzi. Plan tarczy antyrakietowej Pentagonu Golden Dome zakłada umieszczenie w kosmosie przechwytujących, a niektórzy wykonawcy zbrojeniowi rozwijają prototypy za prywatne pieniądze.
Zeszłoroczna Ustawa o Autoryzacji Obrony Narodowej (NDAA) zawierała poprawkę mówiącą, że Pentagon nie może wystawić sprywatyzowanego systemu przechwytującego obrony rakietowej – musi być własnością i być obsługiwany przez wojsko. Prezydent Trump podpisał ją w grudniu, ale od tego czasu mało kto o tym mówił.
Podczas przesłuchania nominacyjnego na nowego szefa Sił Kosmicznych senator Jack Reed (D-RI) poruszył tę kwestię, zauważając, że „nie wynajmujemy karabinów M4”. Gen. broni Doug Schiess, nominat, zgodził się: systemy uzbrojenia, które mogą szkodzić ludziom lub sprzętowi, muszą być „całkowicie własnością Sił Kosmicznych”. Wspomniał o hybrydowych modelach, gdzie wykonawcy obsługują satelity należące do rządu, ale z członkiem wojska jako dyrektorem misji.
Siły Kosmiczne zaraz dostaną gigantyczny zastrzyk gotówki – administracja Trumpa zażądała 71,1 miliarda dolarów na rok budżetowy 2027, co stanowi wzrost o prawie 80% w porównaniu z 2026. Ustawodawcy celują w 50-60 miliardów. Więc pytanie, kto kontroluje broń kosmiczną, jest bardziej aktualne niż kiedykolwiek. Schiess obiecał „kontrolę Strażników” nad tymi systemami. Bo nic tak nie mówi „kosmiczny pokój” jak budżet, który mógłby sfinansować małą planetę.
The Good Times
Wiadomości w Twojej skrzynce.
Sardoniczne podsumowanie, dostarczane według Twojego harmonogramu. Bezpłatnie. Zrezygnuj kiedy chcesz.
Już subskrybujesz, ale nigdy do Ciebie nie docieramy? Zajrzyj do folderu spam i kliknij 'To nie spam' (lub 'Usuń ze spamu'), żeby wyciągnąć nas z czyśćca niechcianej poczty. Przy okazji pomożesz wszystkim innym.
Jeśli przez miesiąc nie otworzysz żadnego z naszych e-maili, zostaniesz automatycznie usunięty z listy.
Rewrite Article
Select parts to regenerate with a fresh AI pass. Translations will be updated automatically.
Generate AI Image
Creates a sardonic version of the article image using OpenAI.