W ostatniej części Kronik Rutshire Jilly Cooper – jej epickich, wciągających sag o sielskim życiu wśród jeżdżących konno poshów – Rupert Campbell-Black, przystojny jak z obrazka cwaniak zamieniony w kochającego męża, ma teraz (zrobiłam matematykę) 67 lat. Taggie ma raka, co jest orzeźwiające, ponieważ Kroniki jako całość rzadko ocierają się o śmiertelność. Byłam zdumiona, dowiadując się, że Cooper spędziła 15 miesięcy na poprawkach po interwencjach wrażliwego czytelnika; nie jest to szczególnie wrażliwe, zwłaszcza jeśli chodzi o klasę. Bianca, córka Ruperta i Taggie, zakochała się w piłkarzu („z gu'er” – Ts są nieme), a jej ojciec kupuje lokalny klub, żeby zatrzymać ich oboje w okolicy. Wchodzą nieprawdopodobne sukcesy ligowe, które sprawiają, że serce rośnie.

Klasyczne tematy Jilly: Słabi triumfują; psy też triumfują.

To interesująca, cieniująca część sagi o Campbell-Blackach. Ruperta prawie w niej nie ma, ale jego syn Marcus – syn z pierwszą żoną, spanikowaną Amerykanką Helen – jest technicznie obiektem miłości: jest zaręczony z bohaterką, skrzypaczką, która została dyrygentką, Abigail Rosen, ale wszystko się rozpada, gdy okazuje się, że Marcus jest gejem i ma romans z rosyjskim tancerzem baletowym. To nie liczy się jako spoiler, ponieważ pianista Marcus był kodowany jako gejowski cierń w boku swojego hipermęskiego ojca od około drugiego roku życia. To, oprócz ostatecznego romantycznego bohatera, Wikinga O'Neilla, który jest gorący, jest zbawieniem tej przydługiej książki: Cooper jest dobra w przedstawianiu osobliwych rodzinnych okrucieństw angielskich wyższych klas, sposobu, w jaki beztrosko, nieodwracalnie psują życie swoim dzieciom, po prostu za bardzo przejmując się głupimi rzeczami: czy mają wysoki głos, czy jedzą szparagi prawidłowo? Jest dużo gęsto zbadanej muzyki klasycznej, wynik trzech lat pracy terenowej z prawdziwymi orkiestrami; jeśli to wszystko pominiesz, możesz skrócić książkę do bardziej znośnych 400 stron.

Klasyczne tematy Jilly: Artystyczni ludzie są naturalnie bardziej napaleni; także, waltorniści.

To rzadki przykład bohaterki-złej dziewczyny. Bogata, beztroska, samolubna, rozpieszczona Oktawia kradnie chłopaków swoim przyjaciółkom i łamie im serca (wszystkim) tylko dlatego, że może, dopóki nie spotyka swojego odpowiednika w Garethcie, człowieku z ludu, z złej strony torów. Cooper opatrzyła to podtytułem Poskromienie złośnicy, ale zaryzykuję stwierdzenie, że portret Szekspira był o wiele bardziej feministyczny niż ten, zajmujący się elementarnym konfliktem między niezależnością a intymnością. To bardziej romans w stylu Enid Blyton, ścinanie wysokich maków. Jest to jednak porywająca historia, nie można jej tego odmówić.

Klasyczny temat Jilly: Jest biały rycerz nawet dla najbardziej nieprawdopodobnej damy w opałach.

To była trudna czwarta powieść w serii Rutshire; Cooper uznała, że sceneria jest większa niż bohater, Rupert, i spycha go na bok na rzecz Lysandra Hawkleya. To trudny obiekt miłości: żony płacą mu, żeby udawał, że ma z nimi romanse, aby ich niewierni mężowie wrócili do uległości, a przynajmniej zaczęli podnosić skarpetki. Czasami też je ruchnie, a z czasem zakochuje się, ale wszystko wydaje się trochę transakcyjne. To nie był styl Cooper, mimo że była kobietą światową. Uwielbiała seks dla samego seksu, to jedna z rzeczy, które były w niej wspaniałe.

Klasyczny temat Jilly: Matki i córki w erotycznym współzawodnictwie.

Utwór non-fiction skupiający się na życiu i obyczajach fikcyjnych postaci o determinujących imionach: Harry Stow-Crat, Jen Teale, państwo Nouveau-Richards. To jak Dickens po lobotomii. Karykatura klasy robotniczej nie jest udana – prawie tak, jakby trzeba znać ludzi, żeby ich ośmieszyć – i nigdy nie zrozumiem jej wrogości wobec lewicujących drobnomieszczańskich społeczników; to nie tak, że my też nie uprawiamy seksu i nie trzymamy psów. Jej oko na próżność i złudzenia wyższych klas jest jednak ostre jak u Davida Attenborough.

Klasyczny temat Jilly: Nie ma nic bardziej żenującego niż chcieć być bardziej posh niż się jest.