Około 14 lat temu Chrissi Kelly straciła węch po wirusie. Lekarze kazali jej po prostu z tym żyć. Nie przyjęła tej rady z pokorą – założyła dwie organizacje non-profit dla pacjentów i współtworzyła ponad 30 artykułów naukowych. Okazuje się, że miała rację.

Naukowcy szacują, że nawet 22 procent populacji cierpi na zaburzenia węchu, takie jak hiposmia czy anosmia. Jednak przez dekady establishment medyczny właściwie wzruszał ramionami. Potem pojawił się COVID-19 i zaraził 780 milionów ludzi (według WHO), z których wielu nagle nie mogło poczuć zapachu porannej kawy. To zwróciło ich uwagę.

Utrata węchu jest obecnie powiązana z aż 139 schorzeniami neurologicznymi, fizycznymi i wrodzonymi – od alkoholizmu po Zika. Może być wczesnym sygnałem ostrzegawczym choroby Parkinsona, Alzheimera i otępienia z ciałami Lewy'ego. Wiąże się także z depresją, schizofrenią i autyzmem. Opuszki węchowe, te „dwa małe dżdżownice leżące w swoich kryptach”, jak poetycko ujmuje to Kelly, są najwyraźniej najbardziej podatnym punktem wejścia dla wirusów, toksyn i prawdopodobnie mikroplastików.

Dobra wiadomość? Trening węchowy – czyli fizjoterapia dla nosa – może pomóc. Około 30 procent pacjentów odczuwa poprawę po miesiącach wąchania cytryny, róży, goździków i eukaliptusa dwa razy dziennie. Metaanaliza z 2024 roku wykazała pozytywne efekty w 36 badaniach. W połączeniu z płukaniem zatok sterydami, nawet 50 procent zauważa zmiany. To nie cudowne lekarstwo, ale jest tanie, proste i lepsze niż stara rada: „naucz się z tym żyć”.