Geeta Tamang szykowała się do snu, gdy jej ciotki przekazały jej wieści, które wywróciły jej świat do góry nogami.

„Moje ciotki weszły do mojego pokoju i powiedziały mi, co się stało” – powiedziała Tamang, 24-letnia studentka informatyki na Queens College. Mieszka w Jackson Heights, dzielnicy, w której znajduje się jedna z największych społeczności nepalskich i tybetańskich w Nowym Jorku.

Rodzinna wioska Tamang leży w Rasuwa, w pobliżu granicy Nepalu z Tybetem, gdzie w środę zawalił się himalajski lodowiec. Potok wody, błota i skał przedarł się przez społeczności położone niżej, zmiatając większość wioski, w której wychowywała się Tamang. Gdy jej telefony do krewnych pozostawały bez odpowiedzi, niepewność tylko podsycała jej obawy. Ci, z którymi udało jej się skontaktować, w większości nie wiedzieli o katastrofie, która miała miejsce. Z sypialni w Queens Tamang musiała przekazywać wieści własnej rodzinie, telefon po telefonie.

W diasporze nepalskiej i tybetańskiej w Nowym Jorku powódź wywołała żałobę i strach o bliskich w kraju oraz desperacką chęć pomocy w jakikolwiek sposób. Potwierdzono śmierć ponad 600 osób, a prawie 3000 pozostaje zaginionych, w tym siostra babci Tamang. „Siostra mojej babci jest dla mnie jak babcia” – powiedziała Tamang drżącym głosem. „Nie sądzę, żeby miała jakiekolwiek szanse na przeżycie”.

Po drugiej stronie granicy w Tybecie chińskie władze poinformowały o co najmniej siedmiu ofiarach śmiertelnych. Jednak oficjalny bilans spotkał się z głęboką nieufnością wśród niektórych Tybetańczyków mieszkających za granicą, w tym Sonama Tshiringa, 58-letniego tybetańskiego uchodźcy, który osiedlił się w Queens trzydzieści lat temu. Uważa on, że liczba zabitych w Tybecie jest znacznie wyższa, niż przyznały chińskie władze.

Dla społeczności nepalskich i tybetańskich tysiące mil stąd, w Nowym Jorku i całych Stanach Zjednoczonych, katastrofa to coś więcej niż zaginieni krewni i zniszczone wioski. Zwróciła ona uwagę na pilną niesprawiedliwość: kto jest zmuszany do ponoszenia konsekwencji ocieplającego się klimatu i dlaczego społeczności, które w niewielkim stopniu przyczyniły się do kryzysu klimatycznego, mają ponosić jedne z jego największych kosztów? Nepal odpowiada za znikomy ułamek globalnych emisji gazów cieplarnianych, a jednak jego himalajskie społeczności stoją w obliczu narastających zagrożeń wraz ze wzrostem temperatur i cofaniem się lodowców.

Katastrofa nadeszła również w szczególnie napiętym momencie politycznym, gdy Stany Zjednoczone wycofały się z międzynarodowych zobowiązań klimatycznych, jednocześnie drastycznie ograniczając pomoc zagraniczną i pomoc humanitarną, pozostawiając wrażliwe kraje z mniejszymi zasobami do przygotowania się na katastrofy i odbudowy po nich.

Niepokój dotarł do młodszego pokolenia Amerykanów nepalskiego pochodzenia, z których część spędziła znaczną część życia, przemieszczając się między Nepalem a Nowym Jorkiem. Ninima Rai, lat 19, mieszkała w Nepalu, zanim przeprowadziła się do Nowego Jorku w wieku 11 lat. Była jeszcze dzieckiem, gdy w 2015 roku Nepal nawiedziło niszczycielskie trzęsienie ziemi. Tym razem obserwowała katastrofę w swojej ojczyźnie z tysięcy mil. Jej krewni w Nepalu są bezpieczni, powiedziała, chociaż komunikacja została zakłócona. Z Nowego Jorku ona i inni młodzi Nepańczycy śledzą na bieżąco informacje, dzielą się nimi i wspierają organizacje pomagające ofiarom powodzi. „Trudno jest zobaczyć, jak możemy ich wspierać z tak daleka” – powiedziała Rai.

Tashi Sherpa, lat 16, urodziła się w Stanach Zjednoczonych, ale spędziła cztery ważne lata dzieciństwa w Nepalu, po tym jak jej rodzice obawiali się, że straci kontakt z ich kulturą. Wróciła do Nowego Jorku, aby mieć lepsze możliwości edukacyjne i opisuje siebie jako osobę, która dorastała „między Nepalem a Nowym Jorkiem”. Dla Sherpy kryzysy w obu krajach wywołały specyficzne poczucie posiadania dwóch domów, ale w pewnych momentach nieczucia się bezpiecznie w żadnym z nich. „Jako Amerykanka nepalskiego pochodzenia… to nie tylko Nepal, ale także Ameryka” – powiedziała. „Myślę, że to bardzo chaotyczny czas, kiedy czujemy, że nie ma bezpiecznego miejsca… i łatwo czujemy się przytłoczone”.

Mimo to obie nastolatki opisały działanie jako antidotum na bezradność. Przyjaciele w Nepalu przygotowywali zestawy pomocy i zbierali datki o