Formuła 1 wróciła w ten weekend do Silverstone na Grand Prix Wielkiej Brytanii, domowy wyścig dla większości zespołów i miejsce, gdzie najszybszy samochód znów nie wygrał – bo niezawodność to najwyraźniej koncepcja, której F1 jeszcze w pełni nie opanowała. Ale prawdziwy dramat nie działo się na torze; to automatyczna wiadomość obiecała wszystkim późny restart wyścigu, tylko po to, by okazać się błędna. Bo nic tak nie mówi „nowoczesny motorsport” jak oprogramowanie, które okłamuje miliony widzów.

Silverstone, dawna baza lotnicza z czasów II wojny światowej, jest płaskie, wietrzne i szybkie – idealne do oglądania samochodów zmieniających kierunek z absurdalnymi prędkościami. Nowe hybrydowe jednostki napędowe miały ograniczenia energetyczne w kwalifikacjach (6,5 MJ na okrążenie zamiast 8 MJ dozwolonych w wyścigu), ale w przeciwieństwie do Suzuki, kierowcy nie wyglądali żałośnie w zakrętach takich jak Copse czy Becketts.

Lewis Hamilton, najbardziej utytułowany kierowca na Silverstone (nazwali jego imieniem prostą – wyobraź sobie, że masz drogę nazwaną swoim imieniem, gdy jeszcze żyjesz), zachwycił tłum ponad 100 000 osób, zdobywając sprintowe pole position od Mercedesa Kimiego Antonellego o 11 milisekund. W sprincie Hamilton odpierał ataki Antonellego przez osiem okrążeń, zanim stało się nieuniknione, kończąc drugi, zaledwie 3 sekundy za – mniejsza strata niż zwykle.

Kwalifikacje do głównego wyścigu dały Hamiltonowi trzecie miejsce, z Antonellim na pole position i Charlesem Leclerkiem między nimi. Leclerc, który miał problemy z Ferrari, w końcu zgrał się z samochodem i wystartował lepiej niż Antonelli, obejmując prowadzenie. Na 41. okrążeniu coś zepsuło się w Mercedesie Antonellego – prawdopodobnie od uderzenia w krawężnik – i utknął na 15. miejscu po karach za wielokrotne wyjazdy poza tor.

Z przodu Leclerc wydawał się zmierzać po swoje pierwsze zwycięstwo od prawie dwóch lat, aż do 48. okrążenia, kiedy Red Bull Maxa Verstappena doznał awarii aktywnego tylnego skrzydła na zakręcie Stowe. Czterokrotny mistrz stracił panowanie nad samochodem – powracający problem – i wylądował w żwirowni. Wyjechał samochód bezpieczeństwa, a przy czterech okrążeniach do końca finisz za safety carem wydawał się nieunikniony.

Wtedy pojawił się błąd oprogramowania: automatyczna wiadomość ogłosiła, że safety car zjedzie w tym okrążeniu, budząc nadzieje na jedno okrążenie na zasadzie strzelaniny, przypominające farsę z Abu Zabi 2021. Ale dyrekcja wyścigu nigdy nie wydała takiego polecenia, a osiem sekund później wiadomość wróciła do „samochód bezpieczeństwa na torze”. Leclerc wygrał przed Russellem i Hamiltonem, ale fałszywa nadzieja pozostawiła gorzki posmak. Miejmy nadzieję, że techniczni geniusze F1 z Biggin Hill naprawią swój kod przed następnym wyścigiem.