Cóż za osobliwa landrynka to "Dolina Śmierci". To kryminał tak przytulny, jak to tylko możliwe, a jednak, dzięki konceptowi serialu w serialu, udaje mu się być dziwnie przewrotnym i świadomym. Liczba trupów dorównuje "Rodzinie Soprano", ale w swoich kojących, epizodycznych rytmach i walijskiej sielskości pozostaje wygodny i przewidywalny jak Boże Narodzenie.
Gdy wracamy, wszystko i nic się nie zmieniło. Janie Mallowan (Gwyneth Keyworth) awansowała na inspektor i zastanawia się, czy jej starszeństwo oznacza, że nie może już nazywać się "J-Dog". Wciąż jest urocza, ale też głupkowata i nietaktowna; w pewnym momencie narzeka na torebkę herbaty pozostawioną w kubku, który zrobiła jej żona niedawnej ofiary morderstwa.
Tymczasem John Chapel (Timothy Spall) jest daleki od ponurego odludka z dawnych lat. Wręcz przeciwnie, jest wręcz radosny, niemal tak pełny zadufanych w sobie docinków jak jego dawny telewizyjny detektyw, Cezar. Teraz romansuje z matką Janie, Vonnie (Melanie Walters) – "Starałem się nie", mówi oburzony. Janie nie chce tego słuchać i w rezultacie John jest persona non grata na komisariacie. Ale jasne, że ten stan nie potrwa długo. W końcu jaka prowincjonalna policja, która coś sobą reprezentuje, mogłaby oprzeć się skorzystaniu z pomocy starzejącego się, ale wciąż powszechnie rozpoznawalnego aktora, by pomógł im rozwiązywać sprawy o morderstwo? Nie ta.
Główną siłą "Doliny Śmierci" pozostaje gotowość do wykorzystania absurdu własnego założenia. W drugim sezonie historie obejmują wszystko, od podejrzanej śmierci podczas sprzątania śmieci w ramach prac społecznych (nieuchronnie Chapel musi założyć odblaskową kamizelkę i udawać, że popełnił wykroczenie drogowe, by zdobyć informacje o grupie) po morderstwo hipsterskiego szefa kuchni sprzedającego uliczne jedzenie nad morzem.
Sprawy są różnej wartości rozrywkowej, ale nigdy głębi ani wagi – każda jest lekka jak piórko i delikatna jak poduszka. Opierają się na radosnych epizodach gościnnych gwiazd, w tym Alexandry Roach, Jane Horrocks, Jima Howicka i Roisin Conaty. Każda zbrodnia jest rozwiązywana przez serię przezabawnie teatralnych dedukcji, a kulminacyjne ujawnienia niebezpiecznie (celowo?) ocierają się o autoparodię, gdy Janie i John na zmianę serwują swoje rewelacje.
Fabuła jest absurdalnie schematyczna: "Dolina Śmierci" czasem wydaje się mniej przytulnym kryminałem, a bardziej złośliwą parodią. Ale skłonni jesteśmy wybaczyć jej nadmiar momentów wywołujących przewracanie oczami, głównie dzięki jej atutowi, Spallowi. Gdy staje się coraz bardziej napuszony i gadatliwy z odcinka na odcinek, rozumiesz, że oglądasz człowieka beztrosko angażującego się w jedną z najmniej subtelnych ról w swojej karierze i, bardzo prawdopodobnie, jedną z jego najbardziej przyjemnych. Kluczowe jest to, że on i Keyworth mają doskonałą chemię, ożywioną wystarczającą ilością sympatii i antagonizmu. Dzięki nim "Dolina Śmierci" jest doskonale swobodna – całkowicie niewymagająca, ale zadowolona z siebie.
Jest też na tyle wyluzowana, by nieustannie się autokrytykować. Gdy zaczniesz zauważać te wewnętrznie odniesieniowe smaczki, trudno nie widzieć ich wszędzie. John narzeka na "obecny poziom banału w większości mainstreamowej telewizji". Janie opisuje występ Johna jako "trochę przerysowany". Podejrzany opisuje jedno z ich ujawnień jako "niepotrzebnie teatralne". Wszystkie te meta-osądy są trafne: na każdym punkcie "Dolina Śmierci" jest winna jak zarzuca i skazana. Gdyby przerysowanie i nadmiar ekspozycji były przestępstwami, zamknęlibyśmy ją i wyrzucili klucz.
Ale wciąż, kto ma prawo oceniać? Tak naprawdę tylko publiczność, a "Dolina Śmierci" serwuje publiczności to, co lubi, w nadmiarze. Nie każdy telewizyjny gliniarz musi być tak poważny jak "Line of Duty" czy tak rozległy jak "Blue Lights". Jest tylko jedna rzecz, której nie można wybaczyć w przytulnym kryminale: brak charakteru. Jeśli same zbrodnie są proste, to cecha, nie wada. Zwroty akcji i zakręty sprytnie skonstruowanego śledztwa przeszkadzałyby w głównej narracji, która pozostaje