Dawno temu – prawie tak dawno, jak Homer napisał Odyseję – byłem krytykiem filmowym w Sunday Telegraph. Ludzie czasem pytają, jak bardzo seksistowskie było to środowisko w epoce brązu, czyli w połowie lat 2000., kiedy krytyków płci męskiej było około ośmiu na jedną kobietę. Cóż, seksizmu nie było. Właściwie było całkiem w porządku i wszyscy byli naprawdę mili. W Soho przynajmniej. Dalej – już mniej, szczególnie niektórzy czytelnicy, jeśli chodziło o pewne filmy pewnych reżyserów: Quentina Tarantino, oczywiście; Kena Loacha, co dziwne; i Christophera Nolana. Zakwestionuj ich geniusz i przygotuj się na epicką korektę ze strony legionu samozwańczych bramkarzy.
Zapomniałem o tym aż do 2020 roku, kiedy Peter Bradshaw był nieobecny, a ja recenzowałem sci-fi Nolana, Tenet. Nie bardzo mi się podobał i zostałem należycie upomniany. Od tamtej pory usunąłem większość komentarzy, ale stary wątek na Reddicie daje przedsmak: „głupia krowa”, „zgorzkniała”, „prawdopodobnie feministka”; „gwarantuję, że ta laska miała okres, kiedy pisała tę recenzję lol”; „kobiety podejmują decyzje na podstawie emocji, a nie logiki”. To nie wina Nolana, że niektórzy jego fani są tak emocjonalni, że obrażają nieznajomych w internecie za recenzję filmu, który chcą obejrzeć. Nie jego wina, że jego filmy, przynajmniej te po Mrocznym rycerzu, zwykle lepiej trafiają do mężczyzn. I oczywiście nie powinno to powstrzymywać kobiet przed ich recenzowaniem. Niezależnie czy to Bridget Jones, The Football Factory, czy Strefa interesów, sztuka pokazuje ci życia inne niż twoje. Obcowanie z czymś, co nie jest lustrem, albo dla czego niekoniecznie jesteś docelową grupą demograficzną, jest w pewnym sensie sednem.
A jednak jedyna recenzja Odysei, jaką do tej pory przeczytałem i z którą w dużej mierze się zgadzam, została napisana przez Stephanie Zacharek dla Time. To chyba nie jest duży spoiler, ale nie bardzo jej się podobało. Tymczasem zdecydowana większość recenzji to zachwyty, a zdecydowaną większość napisali mężczyźni (ta proporcja osiem do jednego wydaje się dziś optymistyczna). I tak nie mogłem przestać się zastanawiać, parafrazując dziennikarkę, która raczej nie będzie pierwsza w kolejce w weekend otwarcia: czy kobiety pójdą na Odyseję? A jeśli tak, czy będą się nią cieszyć tak bardzo jak mężczyźni? (Właściwie, gdyby Carrie Bradshaw to zobaczyła, zrozumiałe, że byłaby pochłonięta jednym nieuniknionym produktem ubocznym wysokiej rozdzielczości IMAX: pory wszystkich są absolutnie ogromne. Oglądanie scen z dużą ilością zbliżeń jest jak patrzenie na siebie w jednym z tych luster z 12-krotnym powiększeniem – czyli przygnębiające.)
Tak czy inaczej, czy kobiety zobaczą swoje doświadczenia przedstawione z taką głębią, dokładnością i zainteresowaniem jak ich męscy odpowiednicy? Bo nawet najbardziej entuzjastyczne teksty – i na pewno te oceny klasycystów – zdają się zgadzać, że kobiety (nie historycznie mocna strona Nolana) dostają w filmie dość ciężki los. Kilka przykładów: Atena Zendayi – jedna z naprawdę najważniejszych bogiń – nie ma tu prawie nic do robotzenia poza mglistym cieniem Odyseusza, w stylu Scottish Widows w chustce, cicho kiwając głową, czasem robiąc smutne potrząśnięcie głową, jak nauczycielka, która mówi, że nie jest zła, tylko rozczarowana. Kalipso Charlize Theron również funkcjonuje właściwie tylko jako deska rezonansowa, człapiąc za nim po piasku z drinkami i kwiatami lotosu. Kwiaty, jak sugeruje film, mają potajemnie powstrzymać Odyseusza przed pamiętaniem, kim jest. Film nie wspomina, że trzymała go jako niewolnika seksualnego przez osiem lat. Homerowa Kalipso to świetna rola. Nolanowa to jakaś kobieta prowadząca bar na plaży i myśląca o przejściu na psychoterapię.
Te zmiany konsekwentnie czynią kobiety albo bardziej nudnymi, albo bardziej szalonymi. Sceny z Kirke Samanthy Morton zaczynają się obiecująco, gdy gotuje ucztę dla ludzi Odyseusza w swoim domku w stylu Landmark Trust (dobre łyżki, brak telewizora), po czym mściwie zamienia ich wszystkich w świnie. Odyseusz przychodzi, kuma, co zrobiła, i przekonuje ją, by odwróciła zaklęcie nie – jak w poemacie – przez rok seksu i złożonej retoryki, ale tylko szybką rozmową, przyznając, że mężczyźni potrafią być okropni...