Andy Burnham oficjalnie wycofał się z poparcia dla ograniczenia darowizn politycznych, co skłoniło aktywistów i posłów Partii Pracy do sięgnięcia po sole trzeźwiące, a związkowych sponsorów do otwierania szampana. Premier, jak się wydaje, zdecydował się nie popierać poprawek do ustawy o wyborach, które ograniczyłyby kwotę, jaką osoba lub organizacja może przekazać w ramach jednej darowizny, jak podają źródła rządowe.

Decyzja ta zapadła po intensywnej kampanii lobbingowej ze strony związkowych przyjaciół Partii Pracy, którzy ostrzegali, że poprawki - mające wrócić do parlamentu w przyszłym tygodniu - mogłyby ograniczyć ich możliwości finansowania partii. To także szybki odwrót od stanowiska Burnhama sprzed zaledwie kilku tygodni, kiedy to w e-mailu do działacza Shauna Bowlera zadeklarował poparcie dla limitu 500 tysięcy funtów.

Stella Creasy, posłanka Partii Pracy, która złożyła poprawkę dotyczącą limitu darowizn, nie była zachwycona. "Milionerzy coraz częściej traktują brytyjską politykę jak swoją zabawkę - wydają pieniądze, aby osiągnąć pożądany rezultat, a wybory traktują jak swój finał pucharu" - oburzała się. "Społeczeństwo nie wybaczy nam, jeśli przegapimy tę szansę na oczyszczenie Westminsteru, bo kłócimy się między sobą".

Bowler, który otrzymał obietnicę Burnhama w maju, również był pod wrażeniem. "Andy Burnham obiecał mi prawdziwy limit darowizn politycznych i 'gruntowną zmianę kultury' w Westminsterze. Jeśli jego rząd teraz odmawia poparcia limitu darowizn, to złamał obietnicę daną mnie - i wyborcom" - powiedział, dodając, że "duże darowizny polityczne nie są demokratyczne. Tworzą wpływy, czy politycy chcą to przyznać, czy nie".

Darren Hughes, dyrektor wykonawczy Towarzystwa Reformy Wyborczej, wtrącił: "Ogromne darowizny mają korodujący wpływ na zaufanie do polityki, ponieważ pozostawiają społeczeństwo z pytaniem, czego darczyńcy oczekują w zamian za swoje pieniądze. Limit darowizn to kluczowy krok do zakończenia wrażenia, że nasza polityka jest na sprzedaż dla najwyżej licytującego".

Jednak źródło w Partii Pracy broniło odwrotu, mówiąc, że ustawa o wyborach "została zaprojektowana tak, aby spełnić nasze obietnice wyborcze dotyczące prawa głosu dla 16-latków i wzmocnić zasady dotyczące darowizn politycznych, aby chronić przed obcą ingerencją, i to jest priorytetem rządu".

Ustawa, która wraca do Izby Gmin w przyszłym tygodniu, jest już jedną z najbardziej kontestowanych w początkach rządów Burnhama. Ma na celu obniżenie wieku wyborczego do 16 lat i ograniczenie zagranicznych darowizn, ale wielu w partii uważa, że jest zbyt zachowawcza. Rushanara Ali, posłanka Partii Pracy, która pomagała w tworzeniu ustawy, niedawno nazwała ją "stopniową" i wezwała Burnhama do jej wzmocnienia.

Niektórzy posłowie planują wykorzystać kolejny etap do przeforsowania zakazu darowizn w kryptowalutach i zaostrzenia przepisów dotyczących dezinformacji w mediach społecznościowych. Inni chcą, aby Burnham poparł powołanie krajowej komisji ds. zmiany systemu wyborczego - co popierał w przeszłości.

Rząd już zapowiedział, że ograniczy darowizny od Brytyjczyków za granicą do 100 tysięcy funtów, ale krajowy limit wydaje się teraz tak prawdopodobny, jak przyznanie się polityka do błędu.

W maju Burnham powiedział Bowlerowi, że poprze limit 500 tysięcy funtów, mówiąc, że "chroniłby przed wrażeniem, że jakakolwiek partia jest nadmiernie wpływana lub kierowana przez jedną osobę lub organizację". Jego przeczucie podpowiadało mu, że "gdzieś w okolicach 500 tysięcy".

Ale gdy objął urząd, wielkie związki zapukały do drzwi. GMB napisało do 80 posłów, ostrzegając, że poprawka "grozi poważnymi niezamierzonymi konsekwencjami", zauważając, że związki już podlegają ustawowym regulacjom dotyczącym wydatków politycznych.

Creasy zmodyfikowała teraz swoją poprawkę, proponując limit 500 tysięcy funtów, który stopniowo malałby, aż ministrowie zdecydują o ostatecznym poziomie. "Nasza nowa poprawka dałaby brytyjskiej demokracji oddech, aby właściwie ustalić limit darowizn" - powiedziała. Nawet ten kompromis nie przekonał jednak rządu, który najwyraźniej uważa, że wdawanie się w spór z największymi darczyńcami Partii Pracy o taką drobnostkę jak integralność demokratyczna po prostu nie jest warte zachodu.