Jedno z ulubionych ostatnich zdjęć autorki przedstawia ją siedzącą na masce samochodu, gotową do samotnej, dwutygodniowej podróży z Sussex na dzikie szkockie pustkowia, z przystankami w Eryri (Snowdonia), Lancashire, Lake District i Yorkshire. Nie miała pojęcia, że ta badawcza wyprawa – do książki o 400-letniej historii brytyjskich wakacji – ujawni jej ojczyznę jako miejsce, które ledwie znała. Jako mieszkanka południa, to północną część Wielkiej Brytanii musiała odkryć, łącząc trasę muzeów, archiwów i klasycznych kurortów nadmorskich, które niegdyś jaśniały tak mocno. Cumbrię odwiedzała wcześniej, ale wybrzeże Conwy, wiejskie Lancashire, Blackpool, Morecambe, Scarborough? Wszystko nieznane.

Pierwszy przystanek: Eryri, gdzie jej hotel, Royal Oak w Betws-y-Coed, gościł artystów takich jak JMW Turner od końca XVIII wieku. Pięćdziesiąt lat później stał się centrum pierwszej kolonii artystycznej w kraju, przyciągniętej dramatycznym pięknem lasu Gwydir i szczytów Glyderau. Przy kawie kierowniczka hotelu Katie Valentine wyjaśniła, że artyści – David Cox, Henry Clarence Whaite, Thomas Collier i inni – nazywali ten obszar domem, dopóki stacja kolejowa w Betws nie została otwarta w 1868 roku. „Wtedy” – powiedziała – „wielu przeniosło się do domów wyżej w dolinie, narzekając, że miejsce zalewa turystów”. Wygląda na to, zauważa autorka, że overtourism nie jest zjawiskiem współczesnym.

Z Eryri krótki skok do Llandudno, plażowego miasteczka tak nieskazitelnego, że przypominało wiktoriański park rozrywki. „W pewnym sensie tak jest” – powiedziała jej Judith Phillips, powierniczka Muzeum w Llandudno. „Rodzina, która zbudowała Llandudno w połowie XIX wieku – Mostynowie – wciąż posiada większość terenu i kontroluje wszystko, od kolorów, na jakie można pomalować hotele, po to, jakie firmy mogą działać na promenadzie”. Muzeum uświadomiło, że znaczna część brytyjskiej historii nie znajduje się w wielkich miejskich muzeach, ale w bibliotekach, archiwach i małych muzeach na cichych głównych ulicach, często prowadzonych przez pełnych pasji wolontariuszy z encyklopedyczną wiedzą.

Jadąc z Llandudno do Lancashire autostradą North Wales Expressway, wjeżdżała i wyjeżdżała z tuneli, ukazując się jej ogromne połacie błękitnego Morza Irlandzkiego ciągnące się po horyzont. W dalszej części podróży pokazano jej wczesne wydania pierwszych przewodników po Lake District, napisanych przez Thomasa Westa i Williama Wordswortha, w Bibliotece Armitt w Ambleside; pokazano odręczne listy królowej Wiktorii w zamku Blair (w tym jej osobisty przepis na sałatkę ziemniaczaną); oraz opowiedziano wspaniałe historie o wakacjach Wakes Week w Blackpool przez eleganckiego Richarda Croisdale'a z Blackburn Museum – ich najdłużej pracującego wolontariusza, w sędziwym wieku 90 lat.

Wielkie wiktoriańskie muzeum Blackburn i neoklasycystyczny ratusz w Bolton stoją jako dziedzictwo epoki, gdy miasta Lancashire były zamożnymi ośrodkami produkcyjnymi, domem dla dziesiątek tysięcy robotników fabrycznych. Gruzińskie ulice Richmond są jak mini Bath, ale przesiąknięte dziedzictwem Yorkshire. Ale chyba nic nie rozwiało oczekiwań bardziej niż Blackpool. Przyjeżdżając w piątkowy wieczór, promenada tętniła światłami i życiem; iluminacje płonęły aż do wieży, dzieci skakały wzdłuż wybrzeża, zupełnie nieświadome, że zostały przywiezione do jednego z najbardziej ubogich miast w kraju. „Jesteśmy miastem skrajności” – powiedziała Claire Smith, współwłaścicielka Number One South Beach B&B. „Mamy kieszenie absolutnej radości obok całkowitych otchłani nędzy. Nie ma mieszania. Albo jest niesamowicie, albo okropnie”.

Claire i jej mąż Mark dzielili się historiami o Blackpool w latach 70., nie najmniej o tym, jak jako nastolatek wrócił z pubu i zastał rodziców, którzy wynajęli jego sypialnię – wraz z własną – gościom, zostawiając ich do spania w salonie. To była era, gdy goście ustawiali się w szlafrokach, by korzystać z łazienek, gospodynie zamykały drzwi między posiłkami, a brzoskwinia Melba była szczytem kulinarnego kunsztu. „To były prostsze czasy, ludzie oczekiwali znacznie mniej” – Claire