W 2014 roku Aurora Orchestra zrobiła coś, na co nikt wcześniej nie odważył się na Proms: zagrali 40. symfonię Mozarta z pamięci. To było przerażające. Fagocistka Amy Harman opisała to jako „skok spadochronowy bez spadochronu. Ale w dobrym sensie”. Przenieśmy się 12 lat do przodu, a oni podnoszą stawkę z Pierwszą Symfonią Mahlera – dwa razy dłuższą, dwa razy więcej muzyków – plus pierwsza część to sztuka o życiu Mahlera, z choreografią, aktorami i projektem dźwięku, który przyprawiłby producenta broadwayowskiego o poty.

Po tym, jak wyczyn z Mozartem stał się regularną atrakcją Proms, orkiestra uznała, że zapamiętanie Święta Wiosny Strawińskiego to za mało; potrzebowali całej teatralnej pierwszej części, aby to wyjaśnić. Teraz zamienili to w tradycję, mierząc się z Beethovenowską Dziewiątą i Piątą Szostakowicza w kolejnych latach. W tym roku przyszedł czas na Mahlera, a proces twórczy obejmował zagłębienie się w słowa kompozytora, których jest mnóstwo – w przeciwieństwie do enigmatycznego Szostakowicza. Mahler, jak się okazuje, był trochę nadmiernym dzielaczem, dostarczając programy, które brzmią jak ktoś próbujący usprawiedliwić wątpliwy wybór życiowy: „Chcę, abyście wyobrazili sobie Myśliwski Pogrzeb… z zającami niosącymi mały sztandar…”

Scenariusz bada spotkanie Mahlera z Sigmundem Freudem w 1910 roku, bo czemu nie mieszać psychoanalizy z symfonią? Orkiestra będzie miała tylko półtora dnia na przećwiczenie choreograficznego chaosu, polegając na „planie wojskowym”, który nazywają flat-packing. Pierwsza flecistka Sarah Newnham przyznaje, że co roku zastanawia się, czy nie posunęli się za daleko. Ale nagrodą, jak mówi, jest danie publiczności tego samego wizceralnego, immersyjnego doświadczenia, które ona ma ze swojego miejsca w środku orkiestry – i wręczenie im „kluczy do królestwa” muzyki klasycznej. Możecie ocenić sami w Royal Albert Hall w tę sobotę i niedzielę, albo po prostu posłuchać w radiu i wyobrazić sobie zające.