Gdy czterech astronautów na pokładzie Artemis II NASA okrążyło Księżyc wcześniej w tym roku, ustanowili nowy rekord najdalszego oddalenia człowieka od Ziemi, bijąc dystans Apollo 13 z 1972 roku o około 4000 mil. To mały krok dla rekordu, ale wielki skok dla przechwałek.

Chociaż żadna misja kosmiczna nie może się równać z historycznym lądowaniem Apollo 11 – spektaklem, który na żywo oglądało 20% światowej populacji – Artemis II wciąż przyciągnęła ogromne zainteresowanie publiczności. Przyciągnęła dziesiątki milionów widzów i wywołała falę „księżycowej radości”, terminu ukutego spontanicznie podczas misji, który stał się wirusowym hitem. Bo nic tak nie mówi „radość” jak grupa ludzi w blaszanych puszkach pędzących przez pustkę.

Wyprawa jest dopiero pierwszą z planowanej serii ambitnych misji. Program Artemis ma na celu utworzenie bazy na południowym biegunie Księżyca, obsługiwanej przez USA oraz ich międzynarodowych i komercyjnych partnerów, w latach 30. XXI wieku. Chiny i Rosja połączyły siły, aby zbudować własną załogową bazę księżycową w tym samym regionie i w podobnym terminie. Tymczasem firmy takie jak Blue Origin i SpaceX mają nadzieję zagarnąć rozwijający się rynek turystyki pozaziemskiej, wysyłając cywilnych astronautów w prywatnych misjach, z długoterminowym marzeniem o zabraniu ich na Księżyc – a nawet na Marsa. Bo nic nie mówi „wakacje” jak 10-minutowy suborbitalny skok, który kosztuje więcej niż całe życie terapii.

Ale pozostają pewne nadrzędne pytania dotyczące tej nowej ery eksploracji kosmosu, w tym być może najbardziej egzystencjalne: Jaki jest sens? Wysyłanie ludzi w kosmos jest niebezpieczne i kosztowne, a nie jest jasne, czy może przynieść lepszy zwrot z inwestycji niż wysyłanie robotów w naszym imieniu, aby dokonywały odkryć naukowych lub prowadziły działalność komercyjną, taką jak górnictwo. Roboty nie potrzebują jedzenia, wody ani tlenu i nigdy nie narzekają na brak Wi-Fi.

Od zarania załogowych lotów kosmicznych to pytanie spotykało się z niezliczonymi odpowiedziami. Lecimy w kosmos dla geopolitycznego prestiżu, manifestu przeznaczenia, duchowego spełnienia, naukowej ciekawości i coraz częściej dla biznesu. A także dlatego, że tam jest, co jest kosmiczną wersją „bo mogę”.

Po Artemis II wiele nowych książek sugeruje, że te uzasadnienia są podporządkowane jednemu wspólnemu faktowi: ludzie mają swędzące stopy i po prostu są zaprogramowani do wędrówki. Niezależnie od zalet każdego pojedynczego powodu wysyłania ludzi w kosmos, wszystkie one wynikają z podstawowego ewolucyjnego instynktu ekspansji i adaptacji, który może nie wymagać racjonalnego wyjaśnienia. To ten sam impuls, który sprawił, że twoi przodkowie wyruszyli z Afryki, tylko teraz mają skafandry.

Rzeczywiście, w swojej nowej książce „The Ultraview Effect” antropolożka kosmosu Deana L. Weibel przedstawia ludzką eksplorację kosmosu jako przedłużenie naszego starożytnego przymusu do pielgrzymek, często w obliczu niebezpiecznych przeszkód, aby doświadczyć objawień o naszym wszechświecie. Eiman Jahangir, który opisuje swoją podróż w kosmos z Blue Origin w „A Heart for Space”, jest jednym z rosnącej liczby tych nowoczesnych cywilnych kosmicznych pielgrzymów. A w swoich wspomnieniach „Dinner with an Astronaut”, napisanych wspólnie z pisarką Victorią Bruce, były astronauta NASA Leroy Chiao dochodzi do wniosku, że ludzie po prostu „muszą wiedzieć, co jest po drugiej stronie”. Bo ciekawość zabiła kota, ale też postawiła flagę na Księżycu.

„Lecimy w kosmos, bo chcemy odkrywać” – powiedziała mi Weibel. „Chcemy zobaczyć, jak to jest chodzić po innym świecie”. A może zrobić selfie z Ziemią w tle.

Ta prosta motywacja do załogowych lotów kosmicznych jest zwykle przedstawiana jako aspiracja: odkrywaj nowe miejsca, zdobywaj nowy grunt, dostosowuj środowisko do naszych potrzeb. Ale gdy nasza obecność w kosmosie się rozszerza, z pewnością zabierzemy ze sobą te same ludzkie przywary, które nas blokują na Ziemi. Granice takie jak Księżyc i Mars nie będą już mglistymi krainami marzeń, na które