W annałach średniowiecznej wojny jeden pechowiec zapewnił sobie ponure wyróżnienie: Szkielet 150, znaleziony pod kaplicą zamku Stirling, jest jedyną znaną ofiarą trebusza w historii. Jo Buckberry, paleopatolog z University of Bradford, przedstawiła to odkrycie na 25. Europejskim Spotkaniu Stowarzyszenia Paleopatologii i szczerze mówiąc, to nie jest rekord, którym chciałoby się chwalić.
Szkielet 150 był w opłakanym stanie, nawet jak na nieboszczyka. Jego czaszka pękła w 61 miejscach, a kolejne 60 postrzępionych fragmentów kości rozrzuconych było na żebrach. Prawe ramię było złamane, a prawa noga powyżej kolana praktycznie zmiażdżona. Buckberry i jej koledzy rzucili w tę układankę z kości wszystko, co mogli, metaforycznie rzecz ujmując: kryminalistykę, mikroskopy, rentgeny i mikrotomografię komputerową. Wszystko wskazywało na jeden moment miażdżącego uderzenia przez coś ciężkiego i szybko poruszającego się. Wzór obrażeń sugeruje, że prawe ramię i tył głowy mężczyzny przyjęły główną siłę uderzenia, podczas gdy żebra prawdopodobnie pękły pod ciężarem czegoś, co przygniotło go do ziemi i przytrzymało.
Kości pękały, gdy były świeże, więc to zdecydowanie nie był przypadek "ups, upuściliśmy wielki głaz na zwłoki". Wymagana siła wykluczała stratowanie przez konia czy przejechanie przez wóz, a nawet upadek z murów zamku nie wystarczyłby. "Najbardziej podobne przypadki, jakie znajdowałam, to wypadki samochodowe i potrącenia przez pociągi" – powiedziała Buckberry Andrew Curry'emu z Science.org. Zakładając, że zamek Stirling nie został zaatakowany przez podróżników w czasie, pojawiły się nowe pytania: "Co jest duże i porusza się bardzo szybko w 1304 roku?"
Wielkie głazy miotane przez trebusze, właśnie to. Trebusz działa trochę jak najniebezpieczniejsza huśtawka na świecie; przeciwwaga opada, wyrzucając pocisk z procy. Typowy trebusz z tamtych czasów mógł wyrzucić 90-kilogramowy pocisk na kilkaset jardów, uderzając z prędkością od 200 do 300 kilometrów na godzinę, z energią uderzenia nieco ponad 200 kilodżuli. Trebusze miały niszczyć mury, a nie ludzi, ale Szkielet 150 po prostu miał strasznego pecha.
Szkielet 150 był jednym z dziewięciu osób znalezionych w grobach pod średniowieczną kaplicą zamku w 1997 roku. Pięcioro zmarło gwałtowną śmiercią: kobieta w średnim wieku z dwoma ciężkimi ciosami w głowę i uderzeniem młotem wojennym, nastoletni chłopiec dźgnięty i uderzony, oraz inni. Datowanie radiowęglowe umieściło ich w czasach szkockich wojen o niepodległość na początku XIV wieku, kiedy zamek Stirling przechodził z rąk do rąk pięć razy między 1296 a 1304 rokiem. Co najmniej jeden był angielskim rycerzem, sir Johnem de Stricheley, który zmarł w 1341 roku.
Szkielet 150 był najprawdopodobniej szkockim obrońcą zabitym podczas oblężenia w 1304 roku, kiedy król Anglii Edward I oblegał zamek, używając – jak opisuje Historic Environment Scotland – "prawdopodobnie największego zestawu machin oblężniczych, jaki kiedykolwiek zgromadziło królestwo Anglii". Edward podbił większość Szkocji po pokonaniu Williama Wallace'a w bitwie pod Falkirk w 1298 roku, a jedynie zamek Stirling pozostał. Nakazał szkockim szlachcicom wysłać wojska i konie, a każdemu kościołowi zdjąć ołów z dachów – przybyło trzydzieści dziewięć wozów ołowiu, wraz z "całym żelazem i wielkimi kamieniami z Glasgow".
Trzynaście machin oblężniczych bombardowało zamek przez trzy miesiące. W miarę trwania oblężenia Edward nakazał zbudować największy trebusz w historii, nazwany Wilczym Wojownikiem (lub Loup de Guerre). Gdy sir William Oliphant, obrońca zamku, zobaczył go i próbował się poddać, Edward odmówił, chcąc użyć swojej nowej zabawki. Wilczy Wojownik wyrzucił 140-kilogramowy pocisk prosto przez kurtynę muru, porównywalnie do strzały przebijającej papier. Ale Szkielet 150 prawdopodobnie nie był ofiarą Wilczego Wojownika – ten pojedynczy strzał padł ostatniego dnia, a trzynaście innych machin ostrzeliwało zamek przez miesiące wcześniej. Prawdopodobnie był już martwy i pochowany w pośpiechu, zanim zamek upadł.