Większość rozmów o Partii Demokratycznej w tym cyklu skupia się na wzroście znaczenia postępowych zapaleńców, takich jak przedstawicielka stanowa Florydy Angie Nixon, demokratyczna socjalistka, która sprawiła niespodziankę we wtorkowych prawyborach do Senatu USA. Ale cichsza, bardziej soczysta historia to powolny, satysfakcjonujący upadek demokraty korporacyjnego.

Niektórzy Demokraci załamują ręce. Stary kumpel James Carville, strateg, który nie poznał jeszcze przegranej sprawy, której by nie pokochał, porównuje dzisiejszą postępową falę do kampanii Berniego Sandersa z 2016 roku, która – jak twierdzi – rozbiła koalicję i oddała Trumpowi prezydenturę. „Bernie Sanders jest powodem, dla którego Donald Trump jest prezydentem” – oświadczył niedawno, sugerując, że wyzwanie Berniego sprawiło, że establishmentowi Demokraci wyglądali jak republikanie z establishmentu – co, uczciwie mówiąc, nie było trudne.

Nawet gdyby Carville miał rację co do 2016 roku (a nie ma), krajobraz polityczny się zmienił. Srebrną podszewką chmury burzowej Trumpa jest to, że jego reżim uchylił kurtynę nad chciwością, nikczemnością i pazernością korporacyjnej Ameryki. Trump pozwala dyrektorom generalnym i magnatom z Wall Street robić, co chcą – pod warunkiem, że całują pierścień. W zamian dostają kontrakty bez przetargu, ekskluzywne licencje, luki podatkowe, zwolnienia z ceł, ziemie publiczne i pozwolenie na stanie się jeszcze bardziej potwornymi monopolami.

To obnażyło prawdę kryjącą się za kojącym kocem korporacyjnego PR o „społecznej odpowiedzialności” i ekonomii „trickle-down”: ci ludzie wrzucą przeciętnych Amerykanów pod autobus za kilka dodatkowych miliardów. A teraz, co zaskakujące, wyborcy to zauważają. Nie głosują na socjalizm ani na Demokratycznych Socjalistów Ameryki; głosują na kandydatów, którzy obiecują uczynić mieszkanie, jedzenie, opiekę zdrowotną i opiekę nad dziećmi przystępnymi cenowo – i którzy zmierzą się z miliarderami finansującymi manipulowanie gospodarką.

Korporacyjne media, zgodnie z przewidywaniami, nie dostrzegają sedna. Kiedy dr Abdul El-Sayed wygrał prawybory w Michigan nad Haley Stevens, relacje skupiły się na jego mniejszej niż oczekiwano przewadze. Ale prawdziwa historia jest taka, że El-Sayed wygrał mimo ogromnej przewagi finansowej przeciwników. Stevens miała dziesiątki milionów z zewnętrznych pieniędzy, w tym największą inwestycję AIPAC w historii wyścigu do Senatu – 54–60 milionów dolarów na wsparcie Stevens i przeciw El-Sayed, podczas gdy on miał tylko 5 milionów. Grupy wspierające Stevens wydały na reklamy telewizyjne ponad 12 razy więcej niż na El-Sayeda (26,9 mln do 2,1 mln) w ostatnich tygodniach. To 95 dolarów wydanych na głos przeciw El-Sayed vs 9 dolarów na głos za El-Sayedem. Pieniądze mówią, ale najwyraźniej się jąkają.

Ten wyścig był wojną zastępczą o duszę partii. Chuck Schumer i Gary Peters poparli Stevens; Bernie Sanders, AOC, Chris Van Hollen i Elizabeth Warren poparli El-Sayeda. El-Sayed uczynił z pieniędzy korporacyjnych główny temat, prowadząc kampanię na rzecz Medicare dla wszystkich, niższych cen leków i zakazu pieniędzy z korporacyjnych PAC. „Bogaci stają się hiperbogaci kosztem wymyślania, jak zarabiać na zwykłych ludziach” – powiedział AP, podczas gdy zwolennicy skandowali: „Pieniądze precz z polityki! Pieniądze do waszych kieszeni!”

Zwycięstwo El-Sayeda jest punktem zwrotnym. Widziałem, jak demokraci korporacyjni rośli na początku lat 80., kiedy Demokraci w Kongresie zaczęli pić z tego samego korporacyjnego koryta co Republikanie. Tony Coelho, ówczesny szef demokratycznego komitetu kampanii kongresowej, przechwalał się: „Biznes musi z nami współpracować, czy chce, czy nie”. Zakładali, że władza będzie wieczna, ale to był faustowski układ. Jak mówią, nie gryź ręki, która cię karmi – i nie dziw się, gdy te ręce zaczną sterować.

Demokraci korporacyjni blokowali wtedy program, który pomógłby klasie pracującej. Jasne, odnieśli pewne zwycięstwa: Affordable Care Act, rozszerzony Earned Income Tax Credit, Family and Medical Leave Act. Ale niewiele zrobili, aby powstrzymać pogłębiające się nierówności. Clinton i Obama forsowali umowy o wolnym handlu, nie pomagając przesiedlonym pracownikom fizycznym. Stali z boku, gdy związki zawodowe były atakowane, nie reformując prawa pracy. Członkostwo w związkach spadło z 22% w momencie wyboru Clintona do poniżej 10% dziś. Obama ratował Wall Street, ale zostawił tonących właścicieli domów. Egzekwowanie prawa antymonopolowego skostniało.