Ostatnia seria w Guardianie ogłosiła, że „nadszedł czas, by porozmawiać o geoinżynierii”. Dobrze. Porozmawiajmy. I zacznijmy od kilku prostych prawd o tych techno-optymistycznych „szybkich naprawach”, które rzekomo rekompensują nasze lodowate postępy w ograniczaniu emisji dwutlenku węgla.

Propozycje geoinżynierii słonecznej – przyciemnianie słońca jak niebiański ściemniacz – wzbudziły największe poruszenie, ale dołączyła do nich cała desperacka gama planów „naprawy” klimatycznego chaosu spowodowanego naszym nałogiem CO2. Wiele z nich zagraża środowiskom polarnym, w tym szalenie drogi pomysł zbudowania tamy w Cieśninie Beringa. Gdyby je wdrożyć, postawiłyby klimat Ziemi w niebezpiecznie niepewnym stanie i dodałyby kolejną destabilizującą technologię do już burzliwego klimatu politycznego.

Oto rzecz najważniejsza: dwutlenek węgla, raz wyemitowany, jest usuwany z atmosfery bardzo powoli. Znaczna jego część będzie utrzymywać Ziemię niebezpiecznie gorącą jeszcze przez tysiąclecia. Geoinżynieria słoneczna natomiast polega na wstrzykiwaniu substancji, których efekty zanikają w ciągu kilku lat. Niektórzy mogą myśleć, że to zaleta – można ją szybko włączyć i wyłączyć, gdy szkody staną się oczywiste, prawda? Źle.

Najnowsze analizy pokazują, że zbudowanie niezbędnej infrastruktury zajęłoby nawet dwie dekady. Do tego czasu bylibyśmy całkowicie uzależnieni od jej utrzymania – trudne zadanie w niebezpiecznym świecie z globalnymi konfliktami. Tymczasowo maskowałoby to tylko nagromadzone ocieplenie z ciągłej emisji CO2, a to nagromadzone ocieplenie zostałoby uwolnione w katastrofalnie szybkim „zakończeniowym szoku”, gdyby okoliczności zmusiły do zaprzestania geoinżynierii słonecznej. Zatem geoinżynieria słoneczna nie „kupuje czasu” na dekarbonizację. To samo dotyczy innych schematów geoinżynieryjnych, które wymagają ciągłego utrzymania przez stulecia do tysiącleci. Za pięćset lat legendarna tama na Beringu może runąć, ale dwutlenek węgla siejący spustoszenie w systemie klimatycznym wciąż będzie tam czekał.

Wiele nieprzewidzianych rzeczy może się wydarzyć w ciągu kilku dekad, a co dopiero stuleci. Czy naprawdę chcemy grać w kości z planetą? Czy chcemy zobowiązać dzisiejsze i przyszłe pokolenia do nieprzerwanego utrzymywania tych metod?

Razem my czworo – Raymond Pierrehumbert, Julia Slingo, Michael Mann i Valerie Masson-Delmotte – badaliśmy fizykę klimatu przez równowartość dobrze ponad 100 lat. Wiemy, jak jest złożona i ile niespodzianek kryje. Od 1990 roku, przez sześć raportów oceniających, IPCC współpracowało z dziesiątkami tysięcy naukowców, aby zapewnić należytą staranność w kwestii nauki i skutków rosnącego CO2. Potrzeba było ponad wieku emisji, zanim mogliśmy wykryć zmianę klimatu i jeszcze dłużej, by jednoznacznie przypisać ją ludziom. Dopiero w 2015 roku w Paryżu większość krajów przyjęła, że świat się ociepla i to nasza wina (a w 2023 roku UNFCCC wspomniało o paliwach kopalnych w wyniku COP).

Teraz zwolennicy geoinżynierii proponują uderzyć w klimat całkowicie nowym młotem – angażującym słabo poznane aspekty, takie jak aerozole, chmury i regionalne wzorce opadów. Wiemy, że wywołałoby to znacznie więcej niepewności, zwłaszcza przy źle zaplanowanych, niezarządzanych, nieskoordynowanych wstrzyknięciach różnych substancji do górnej atmosfery, bez ram zarządzania. Z pewnością powinniśmy nalegać na ten sam poziom naukowej staranności, jaki poświęciliśmy zrozumieniu regionalnych konsekwencji emisji gazów cieplarnianych.

Symulacje modeli klimatycznych mogą wskazać, co może pójść źle, ale nie dają żadnej gwarancji, co pójdzie dobrze. Jak dotąd nie przeprowadzono rygorystycznej oceny modelowej badającej różne scenariusze geoinżynierii słonecznej ani formalnego porównania wrażliwości klimatu na takie interwencje, nie mówiąc już o wpływie na regionalną pogodę i zmienność klimatu. To, co wiemy, to fakt, że nieliczne użyte modele nie zgadzają się nawet co do poziomu interwencji, który może być wymagany, ani co do reakcji. Po zaledwie 10 latach tego samego wstrzykiwania aerozolu stratosferycznego globalne ochłodzenie...