Telefon dr. Reese'a Richardsona to w zasadzie całodobowa usługa powiadamiania o papierniach. Specjalista ds. integralności badań śledzi te mroczne operacje, które sprzedają fałszywe autorstwo na artykułach naukowych, a jego skrzynka odbiorcza jest dowodem na ich nieustępliwy marketing. „Mogę po prostu przejrzeć moje powiadomienia i widzę, że w ciągu ostatnich 24 godzin dostałem jakieś 20 wiadomości WhatsApp od papierni” – mówi, prawdopodobnie przewracając oczami.
Za opłatą te młyny chętnie umieszczą Cię jako autora na artykule naukowym, często całkowicie omijając ten uciążliwy proces recenzji. Naukowcy, pod ciągłą presją „publikuj albo giń”, czasami wybierają skróty. Walutą środowiska akademickiego są publikacje, a te młyny to fałszerze.
Richardson, wraz z Anną Abalkiną i Spencerem Hongiem, przeanalizował ponad 18 000 reklam z siedmiu papierni w siedmiu krajach w latach 2020–2026. Ich ustalenia, jeszcze niepoddane recenzji (ironia zauważona), pokazują, że mediana ceny za autorstwo wynosi około 800 USD (1150 AUD). Niektóre grupy reklamują się na Telegramie, Facebooku i stronach internetowych już za 30 USD. To okazja za fałszywą publikację.
Aktywność papierni eksplodowała w ciągu ostatnich 15 lat, a liczba produktów podwaja się mniej więcej co 18 miesięcy, według szacunków Richardsona z 2025 roku. Efektem jest industrialna skala wstrzykiwania sfałszowanych danych do ekosystemu naukowego, co zagraża badaniom medycznym, odkrywaniu leków i badaniom klinicznym. Tylko w 2023 roku Hindawi, marka czasopism należąca do Wiley, wycofała ponad 8000 artykułów, a do końca 2024 roku kolejne 3000. Ups.
Badania Richardsona to jak kryminalistyczne badanie tych reklam, które porównuje do odcisków palców na miejscu zbrodni. Śledził niektóre z nich aż do fałszywych artykułów. Ale młyny nie poprzestają na artykułach; sprzedają również prawa autorskie i rejestracje wzorów, które mogą zapewnić legalne prawa własności intelektualnej. W Wielkiej Brytanii Richardson znalazł tysiące takich rejestracji. W swojej nowej pracy zidentyfikował 12 przypadków, w których indyjska papiernia reklamowała „australijskie patenty na wzory” indyjskim naukowcom.
Młyny sprzedają pozycje „właścicieli” rejestracji wzorów za 95–150 USD za właściciela, pozwalając na umieszczenie do ośmiu osób na jednym wzorze. Tymczasem standardowy wniosek o rejestrację wzoru przez IP Australia kosztuje łącznie 200 USD. Tak więc za ułamek kosztów możesz być „właścicielem” wzoru, z którym nie miałeś nic wspólnego. Guardian Australia znalazł przypadki, w których te rejestracje były wymieniane jako patenty w CV. Jak ujmuje to Richardson: „Wykorzystują usługi australijskiego rządu, aby oszukiwać innych”.
Przykład: „Oparta na AI bioreaktor membranowy do oczyszczania ścieków” wymienia sześciu właścicieli, wszystkich powiązanych z indyjskimi instytutami badawczymi. Żaden nie odpowiedział na prośby o komentarz. Inny, „Inteligentny humanoidalny robot do zastosowań przemysłowych”, obejmuje dr. Nilesha Torwane, adiunkta na University of Queensland, jako właściciela wzoru. Torwane powiedział Guardian Australia, że „nie wykonał żadnej pracy projektowej nad produktem”, ale został zaproszony do umieszczenia nazwiska. Obecnie stara się usunąć swoje nazwisko z rejestracji.
IP Australia, po skontaktowaniu się, oświadczyło, że nie zna pracy Richardsona, ale z zadowoleniem przyjmuje wszelkie informacje o nadużyciach. Zaznaczyli: „Nie mamy danych sugerujących, że dochodzi do powszechnego nadużycia australijskiego systemu rejestracji wzorów w opisywany sposób”. Jasne, brak danych, ale nie zadawajmy zbyt wielu pytań.
Prof. Adrian Barnett, badacz metascience z QUT, opisuje młyny jako „mroczne organizacje”. Mogą to być „zdolny dzieciak w sypialni” lub „większe organizacje, które mają nawet poranne herbatki i pracownika miesiąca”. Kto wie? Ale zarabiają niezłe pieniądze.
Gdy telefon Richardsona znów brzęczy od kolejnej reklamy, przyznaje: „Wciąż ledwo zarysowaliśmy powierzchnię”. W tym tempie jego telefon może potrzebować nakazu ochrony.