Netflix, najpopularniejszy na świecie płatny serwis streamingowy, podobno ciężko pracuje nad rozwikłaniem zagadki, dlaczego subskrybenci porzucają jego seriale po pierwszym sezonie. Wśród łamigłówek: Beef, antologia o waśniach, straciła 70 procent widowni, gdy wróciła w tym roku. The Verge pomocnie wskazuje, że odpowiedzi są dość oczywiste, ale kto potrzebuje oczywistości, skoro można płacić konsultantom?

Niektóre problemy Netflixa są samospowodowane, jak anulowanie seriali właśnie wtedy, gdy robią się drogie, lub robienie tak długich przerw między sezonami, że widzowie zapominają, że kiedykolwiek im zależało. Dochodzi jeszcze drobna kwestia TikToka i YouTube'a, obu darmowych i obu konkurujących teraz z Netflixem o uwagę dorosłych. Netflix odpowiedział, rzucając się w gry, sporty na żywo i wideopodcasty, plus plany na krótkie formy treści, by wypełnić te wolne chwile. Bo nic tak nie mówi „premium streaming” jak treści, które oglądasz w kiblu.

Netflix musi też zmierzyć się z własnym dziełem: modelem binge. Platforma wytrenowała widzów, by pożerali serial w weekend, a potem zapominali o jego istnieniu, czyniąc długoterminowe zaangażowanie równie rzadkim jak trzeci sezon. Cotygodniowe premiery pomogły, ale to trochę jak próba zamknięcia drzwi stodoły po tym, jak koń pogalopował na TikToka.

I nie zapominajmy o najprostszym wyjaśnieniu: czasami seriale po prostu nie są dobre. Stranger Things zrobiło się nieporęczne, a aktorski remake Avatara: Ostatniego Władcy Wiatru wyczłapał ze startu ku rozpaczy fanów. Rozwiązanie jest oczywiste: robić lepsze seriale i faktycznie przy nich trwać. Ale to wymaga czasu, cierpliwości i pieniędzy, co niekoniecznie pobudza ślinianki akcjonariuszy. Mimo to to jedyny sposób, by Netflix mógł mieć nadzieję, że inne platformy nie zjedzą mu obiadu.