Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich przeanalizowała najnowszą próbę Donalda Trumpa zduszenia obywatelstwa z tytułu urodzenia za pomocą dekretu wykonawczego, a ich werdykt jest mniej więcej taki, jakiego można się spodziewać po przeczytaniu Konstytucji: „Ładna próba, ale nie.”

Zaledwie pięć tygodni po tym, jak Sąd Najwyższy USA odrzucił jego poprzedni dekret w tej sprawie, Trump podpisał w czwartek dwa nowe dekrety wykonawcze, które mają na celu odmowę obywatelstwa dzieciom urodzonym w USA przez nie-obywateli. ACLU, w oświadczeniu, które można określić jedynie jako „już to widzieliśmy”, przewiduje, że dekrety spotka ten sam los co ich poprzednik.

„Sąd Najwyższy już rozstrzygnął tę kwestię: Obywatelstwo z tytułu urodzenia jest gwarantowane przez Konstytucję. Żaden dodatkowy dekret wykonawczy nie może zmienić znaczenia Konstytucji” – powiedział Cody Wofsy, zastępca dyrektora Projektu Praw Imigrantów ACLU. „Każdy dekret wykonawczy, który próbuje przepisać obywatelstwo z tytułu urodzenia, spotka ten sam los co poprzedni.”

Ta donkiszoteria nie jest nowa. W listopadzie 2015 roku, podczas debaty republikańskich prawyborów prezydenckich w Orlando na Florydzie, Trump obiecał położyć kres pladze „dzieci kotwic”, terminowi tak uroczemu, jak brzmi. „Nie możesz wjechać do kraju – jesteś nielegalny, przyjeżdżasz, siadasz, masz dziecko, a my zajmujemy się dzieckiem przez następne 85 lat!” – oświadczył. „Wszyscy mówią: »Cóż, potrzebujesz poprawki do konstytucji; to zajmie 15 lat; to się nigdy nie stanie«. Nie potrzebujesz, nie potrzebujesz. Potrzebujesz zwykłej ustawy Kongresu. Może nawet nie potrzebujesz tego.”

Trzy lata później, w telewizyjnym wywiadzie z Jonathanem Swanem tuż przed wyborami śródokresowymi w 2018 roku, Trump nalegał, że może to zrobić samym dekretem wykonawczym. „Zawsze mi mówiono, że potrzebujesz poprawki do konstytucji. Zgadnij co? Nie potrzebujesz” – powiedział. „Zdecydowanie możesz to zrobić ustawą Kongresu” – dodał błędnie – „ale teraz mówią, że mogę to zrobić po prostu dekretem wykonawczym.”

Ten pogląd mniejszościowy był propagowany przez Johna Eastmana, wówczas mało znanego prawnika, który przez dziesięciolecia argumentował, że gwarancja obywatelstwa w 14. poprawce dla „wszystkich osób urodzonych lub naturalizowanych w Stanach Zjednoczonych i podlegających ich jurysdykcji” powinna wykluczać dzieci nie-obywateli. Eastman później zyskał niesławę, twierdząc w felietonie dla Newsweeka z 2020 roku, że Kamala Harris nie kwalifikuje się na wiceprezydenturę, ponieważ jej rodzice nie byli obywatelami w chwili jej urodzenia w Oakland w 1964 roku. Opracował także schemat fałszywych elektorów po wyborach w 2020 roku i został pozbawiony prawa wykonywania zawodu przez Sąd Najwyższy Kalifornii w kwietniu za „jasne i przekonujące dowody, że przedstawiał fałszywe twierdzenia dotyczące wyborów prezydenckich w 2020 roku.”

Obsesja Trumpa na punkcie obywatelstwa z tytułu urodzenia zawsze miała polityczną krawędź. Jego wzrost do znaczenia był podsycany fałszywym twierdzeniem, że Barack Obama, urodzony w Honolulu przez amerykańską matkę i kenijskiego ojca, mógł urodzić się poza USA. Później odmówił potwierdzenia, że Harris, córka imigrantów z Indii i Jamajki, jest „naturalnie urodzonym obywatelem” kwalifikującym się na wiceprezydenturę, nazywając pytanie Eastmana „bardzo poważnym.”

W czwartek Trump podpisał dwa dekrety: „Kontynuowanie ochrony znaczenia i wartości obywatelstwa amerykańskiego” oraz „Kończenie turystyki porodowej”. Pierwszy ma na celu odmowę obywatelstwa dzieciom niektórych nie-obywateli, w tym pracowników zagranicznych rządów, personelu organizacji międzynarodowych oraz każdego „zaangażowanego w transakcję handlową w celu zakupu lub uzyskania dostępu do obywatelstwa z tytułu urodzenia”. Drugi zakazuje wjazdu cudzoziemcom rzekomo podróżującym do USA „w celu urodzenia dziecka na amerykańskiej ziemi”, bez określenia, w jaki sposób dokonuje się tego ustalenia. (Gdyby ta polityka istniała w 2001 roku, mogłaby zapobiec temu, by Folarin Balogun, urodzony w tym roku matce odwiedzającej z Londynu, został obywatelem USA i grał dla USA na tegorocznych mistrzostwach świata.)

W Gabinecie Owalnym Trump zaoferował lekcję historii, która przyprawiłaby każdego nauczyciela w szkole średniej o płacz. Nazwał decyzję Sądu Najwyższego „bardzo, bardzo” – i tu artykuł się urywa.