Piekło to inni ludzie. Ale dwutygodniowe wakacje na greckiej wyspie w willi z trzema kumplami ze studiów, młodą drugą żoną jednego z nich, twoim depresyjnym mężem i upartą francuską nianią, którą druga żona zatrudniła do opieki nad swoim wstrętnym dzieckiem? To już z pewnością najgłębszy krąg piekła.

W takiej diabolicznej sytuacji znajduje się Zoe (Jessica Raine) w „Dwóch tygodniach w sierpniu” – absolutnie przekonującym i wciągającym dramacie – w sensie „jeśli ktoś szybko nie wepchnie co najmniej trzech czwartych tych wiarygodnie okropnych osób do morza, to ja sama wgramolę się przez ekran i zrobię to” – co jest najlepszym rodzajem wciągania – czarnej komedii znakomicie napisanej przez Catherine Shepherd, nienagannie wyreżyserowanej przez Toma George’a i Matthew Moore’a, i doskonale zagranej przez całą obsadę.

Zoe jest nauczycielką w szkole średniej, która radzi sobie z życiem z większą gracją pod presją niż większość z nas. Naturalna opiekunka i rozjemczyni – inne postacie nazywają ją „przymilną”, bo tak egoiści zawsze postrzegają każdego, kto nie stawia bez końca własnych potrzeb na pierwszym miejscu – zapisała swoją rodzinę na tę wycieczkę częściowo z powodu, tak, oczekiwań przyjaciół, ale także dlatego, że dwa tygodnie na słońcu brzmiały jak przyjemność. Tymczasowa ucieczka od pracy i starzejącej się, wymagającej matki, zmiana dla dwójki dzieci, a może odrobina wytchnienia po wspieraniu męża, Dana (Damien Molony), w jego niedawnych zmaganiach, które w końcu wychodzą na jaw w genialnej scenie przy kolacji, okazują się dłuższe i trudniejsze – dla obojga – niż którekolwiek z przyjaciół wiedziało. Oczywiście jej matka wciąż dzwoni codziennie, nie stać ich na tę wycieczkę, a Dan podchodzi do niej ze swoją zwykłą ponurością („Nic fajnego nigdy się nie dzieje, gdy ktoś mówi: „Będzie fajnie!”. Ma rację, oczywiście, ale nie powinien tego mówić swojej dzielnej żonie).

Resztę wyspiarskiej paczki stanowią: efektowna Nat (Leila Farzad), której nos się wykrzywia, gdy przypadkowy chłopak jej gejowskiego najlepszego przyjaciela, Jacoba (Hugh Skinner), pojawia się w willi; nie do końca obecnie pracujący aktor Solomon (Nicholas Pinnock); oraz młodsza żona, Jess (Antonia Thomas) – która zajęła najlepszą sypialnię i unika jak największych wydatków i wysiłku, zwykle wykorzystując Zoe. Uparta niania to Léa (Florence Banks), która jest przynajmniej otwarcie leniwa i pasożytnicza. Reszta upiera się przy mówieniu – na przykład o tym, jak bardzo martwią się kryzysem uchodźczym – nie zdając sobie sprawy, jak daleko im do choćby rozważenia czynów. Wyjątkowy moment następuje w drugim odcinku, gdy Jacob upewnia się, że właściciel łodzi, którą wynajmują, wie, że pracuje dla organizacji charytatywnej „podnoszącej świadomość nierówności majątkowych”, co jest tak doskonale o półtora stopnia oddalone od bycia jakąkolwiek użyteczną organizacją charytatywną, że będę kochać tę kwestię na zawsze.

Tak oto scena jest gotowa na – wszystko. To, co następuje, poprzez takie sprawdzone i przetestowane środki dramatyczne (zrobione tu tak dobrze, że wydają się świeże), jak niewierności, nadmierne zwierzenia, zażywanie narkotyków rekreacyjnych, plotki, wypadki na łodzi, nastolatki, skorpiony i bal przebierańców w pałacowym domu okropnej pary Flick i Jamesa („Przyjechaliśmy tu, aby czerpać z twórczej energii i nigdy nie wyjechaliśmy!”), granych z radością przez Dolly Wells i Toma Goodmana-Hilla, to historia… cóż. Rozpad Zoe? Wyzwolenie Zoe? Załamanie Zoe? Samorealizacja Zoe? Dawno spóźnione tracenie panowania nad sobą przez Zoe, aby jej przyjaciele i rodzina zastanowili się dwa razy, zanim bezmyślnie będą brać od niej wszystko, czego potrzebują, każdego dnia? Wszystko powyższe, i wszystko dostarczone nam dzięki niezwykłej kreacji Raine, która pozwala nam zobaczyć i zrozumieć każdy moment jej podróży i poczuć na końcu, że nie mogło być inaczej.

Po drodze dostarcza odrobinę ironicznego komentarza społecznego (w różniących się reakcjach Jacoba i jego chłopaka z pokolenia Z na niewierność, w