Od dawna recenzuję słuchawki i słuchałem wszystkiego, od ledwie znośnych po te za kilka tysięcy dolarów z otwartą konstrukcją. Ale ostatnio mainstreamowe opcje mnie nie inspirują. Większość jest w porządku – świetna, nawet – ale brakuje im charakteru. Czegoś, co przypomniałoby mi, dlaczego w ogóle zakochałem się w słuchawkach, co zaprowadziło mnie do tej szalonej kariery. Potrzebowałem rewitalizacji. Potrzebowałem zobaczyć coś fajnego. Potrzebowałem być wśród ludzi, którzy mają emocjonalny związek ze słuchawkami. Musiałem jechać na CanJam.

CanJam to małe targi audio organizowane przez Head-Fi.org, największe internetowe forum poświęcone audio, z kilkoma wydarzeniami rocznie w różnych miejscach na świecie, w tym w Londynie, Szanghaju, Nowym Jorku, Dubaju i południowej Kalifornii. To tam głównie butikowi producenci prezentują swoje najnowsze słuchawki i sprzęt audio entuzjastom, którzy nieustannie poszukują najbardziej dokładnych i wciągających wrażeń dźwiękowych. Nie znajdziesz tu Bose ani Apple – chociaż obecny był dział Pro Sony, a także znane nazwy, takie jak Sennheiser i Audeze.

Przez wszystkie lata mojej pracy nad sprzętem AV nigdy nie dotarłem na CanJam. Albo nie było to interesujące dla mediów, dla których pisałem, albo zobowiązania osobiste mi przeszkodziły. Ale w tym roku, pierwszym w The Verge, uznałem, że to odpowiedni czas. Więc 29 sierpnia odważyłem się na trasę 405 z Los Angeles do Irvine w Kalifornii.

CanJam SoCal 2026 odbywał się w centrum konferencyjnym w Irvine Marriott. Większość wystawców – w tym większe nazwy audio, takie jak Sennheiser, Focal i HiFiMan, oraz niszowe marki, jak Astell&Kern i Noble Audio – miała stoiska w największej sali. Wielu ustawiło stanowiska odsłuchowe z tabletami z Qobuz (usługą streamingową wybieraną przez audiofili ze względu na hi-res lossless), aby prezentować swoje słuchawki, przetworniki, wzmacniacze, odtwarzacze, a nawet kable. Inni znajdowali się w cichszych pokojach z dala od głównego korytarza, bardziej sprzyjających słuchaniu. A do tych pokoi i stoisk tłoczyło się kilka tysięcy entuzjastów audio.

Moim pierwszym przystankiem było stoisko Campfire Audio. Campfire Audio produkuje słuchawki douszne w Portland w Oregonie; w przeszłości słuchałem ich modeli Solaris za 1500 dolarów i IO za 300 dolarów. Dziś jednak chodziło o monitor douszny, który zadebiutował na CanJam Singapore w maju: Campfire Audio Chimera. Większość mainstreamowych słuchawek dousznych i nausznych ma jeden przetwornik na ucho, który musi odtworzyć każdą częstotliwość od najniższego basu do najwyższych sopranów. Dwa, jeśli masz szczęście. Chimery mają dziewięć. To konstrukcja „quad-brid”, co oznacza, że używają czterech różnych typów przetwarzania dźwięku w jednym IEM: dynamiczny przetwornik dla basu i niższych średnich; dwumembranowy przetwornik zbalansowany (BA) dla czystości średnicy i dwa kolejne dla góry; cztery elektrostatyczne przetworniki wysokotonowe dodające powietrza i przestrzenności; oraz kostny przewodnictwo dla dodatkowego basu.

Ze względu na liczbę przetworników, Chimery są tęgie: mniej więcej wielkości kawałka gumy do żucia Bubblicious. Wymagało to kombinowania, aby wygodnie je umieścić. Kiedy już to zrobiłem, od razu byłem pod wrażeniem. Niski koniec był przyjemny i pełny, bez błota i bez przytłaczania wyższych częstotliwości. Otwarta góra dawała przestrzeń, dzięki której talerze mogły błyszczeć i wybrzmiewać, unikając agresji. Jednak prawdziwą gwiazdą była średnica. Zarówno ciche, konwersacyjne fragmenty Tracy Chapman, jak i pełne pasji zawodzenie Janis Joplin brzmiały, jakby były tuż przede mną. Nawet gdy słuchałem stojąc w sali konferencyjnej, Chimera zapewniła jedno z najbardziej szczegółowych i przyjemnych odsłuchów, jakie miałem od dawna. Ale kosztują też 7500 dolarów.

Ta cena nie jest niespotykana w świecie audiofilskim – butikowy, ręcznie robiony sprzęt audio jest zawsze droższy – ale Chimery są na innym poziomie, nawet w porównaniu z resztą oferty Campfire. Oprócz designu i inżynierii potrzebnej do stworzenia małego (stosunkowo) wkładki dousznej