W posunięciu, które nie zaskoczy absolutnie nikogo, kto choć trochę śledzi piłkę, Arsenal wygrał Tarczę Wspólnoty, pokonując Manchester City 3:0 w meczu, który był mniej rywalizacją, a bardziej publiczną demonstracją tego, że era po Pepie może wymagać czegoś więcej niż tylko nowego menedżera i modlitwy.
Pierwszy mecz o stawkę Enzo Mareski w roli trenera City rozpoczął się od objęcia prowadzenia przez Arsenal po 24,5 sekundach, czyli mniej więcej tyle, ile zajmuje powiedzenie "no i proszę, znowu to samo". Sprytne trafienie Riccardo Calafioriego, po genialnym podaniu Mylesa Lewisa-Skelly'ego, pozostawiło City w nieodwracalnych szkodach - a przynajmniej takie było wrażenie. Kai Havertz podwyższył prowadzenie w 28. minucie, a Martin Ødegaard przypieczętował zwycięstwo trzy minuty po przerwie, oszukując Gianluigiego Donnarummę w bramce City wykończeniem tak gładkim, że powinno mieć ostrzeżenie dla rodziców.
"Chcieliśmy zacząć od trofeum i to zrobiliśmy" - powiedział Arteta, zapewne starając się nie uśmiechać. "Zagraliśmy wspaniały futbol... Chcę strzelać więcej goli i to dobry początek."
Arsenal kontrolował grę od momentu, gdy Calafiori zdobył bramkę, a Havertz i Ødegaard dodali kolejne, oba po asystach imponującego Christosa Tzolisa. Wykorzystanie sytuacji sam na sam przez Ødegaarda było rozkoszą, takim momentem, który sprawia, że zapominasz, iż jest za to opłacany.
Obrona City była, delikatnie mówiąc, niepokojąca. Ale nie popadajmy w przesadę - po to są następne dziewięć miesięcy. Jak zauważył Nick Parmenter, istnieje podobieństwo do Tarczy Dobroczynności z 1998 roku, kiedy Arsenal rozgromił Manchester United 3:0, a United zdobyło później potrójną koronę. Więc dla City wciąż jest nadzieja, chyba że jesteś fanem Arsenalu - w takim razie pewnie już rezerwujesz przejazd autobusem z otwartym dachem.
Pierwsze mecze Arsenalu w Premier League to spotkania z Coventry (u siebie) i Aston Villą (na wyjeździe), a City zmierzy się z Bournemouth (u siebie) i Crystal Palace (na wyjeździe). Te mecze powinny powiedzieć nam więcej, choć jeśli szukasz definitywnej odpowiedzi, możesz trochę poczekać.
Ødegaard został ukarany żółtą kartką za spóźniony faul na Jacku Grealiszu, zanim został zmieniony przez Eberechiego Eze, ale wcześniej zdobył tę uroczą bramkę tuż po przerwie. David Raya obronił świetne uderzenie Semenyo, a Saka posłał piłkę nad poprzeczką po dośrodkowaniu Hincapiego, bo czemu nie.
Zmiany następowały jedna po drugiej: Gyokeres i Zubimendi zastąpili Havertza i Lewisa-Skelly'ego; Saka i Hincapie weszli za Madueke i Calafioriego; City wprowadziło Lewisa i Cherkiego za Andersona i Fodena, a później Marmousha i Guehiego za Haalanda i O'Reilly'ego. Nic z tego nie miało znaczenia. Arsenal już postawił swoją tezę.
Były momenty warte odnotowania: Gvardiol upadł, trzymając się za twarz po przepychance z White'em, co było złośliwe, ale nie na tyle, by VAR interweniował. Anderson został ukarany za faul, który nie do końca kwalifikował się do VAR, a Calafiori dostał żółtą kartkę za symulowanie, co jest nieco bezczelne, biorąc pod uwagę historię tego sportu. Ale prawdziwą historią była nieustępliwa intensywność Arsenalu, ich "futbol olé", jak śpiewali kibice, oraz fakt, że wyglądają na zdolnych do wygrania ligi różnicą 10 punktów, jeśli tylko zechcą.
A co do City - cóż, zawsze jest następny rok. Albo ten po następnym. Albo ten po tamtym. Era po Pepie może być trudniejsza, niż powszechnie przewidywano, ale przynajmniej mają nowego menedżera, którego można obwiniać. Pierwszy mecz o stawkę Mareski był żałosnym widowiskiem, ale to tylko jeden mecz. Następne dziewięć miesięcy powie nam więcej, a my będziemy tu, oglądając, z ironicznym uśmiechem i uniesioną brwią.