W ruchu, który ucieszy każdego, kto kiedykolwiek musiał wybierać między biletem autobusowym a kanapką, premier Andy Burnham ogłosił, że ceny pojedynczych biletów autobusowych w całej Anglii zostaną ograniczone do 2 funtów od stycznia. Jest to odwrócenie limitu 3 funtów ustanowionego przez Keira Starmera i Rachel Reeves w 2024 roku, który sam był odwróceniem limitu 2 funtów, który wygasł w grudniu 2024 roku – bo nic tak nie mówi o przywództwie jak pingpongowanie polityką transportową.

Nowy limit, który obowiązuje wszędzie z wyjątkiem Londynu (bo Londyn robi swoje), ma kosztować ponad 500 milionów funtów. Około 400 milionów funtów pochodzić będzie z przekształcenia międzynarodowych finansów klimatycznych w pożyczki, a reszta zostanie zebrana z budżetu Departamentu Bezpieczeństwa Energetycznego i Net Zero oraz z już odłożonych pieniędzy na autobusy. Minister transportu Heidi Alexander zapewniła opinię publiczną, że program jest „w pełni finansowany”, co w języku rządowym oznacza „przesunęliśmy pieniądze z jednej kieszeni do drugiej”.

Burnham, który wcześniej ograniczył ceny biletów do 2 funtów jako burmistrz Wielkiego Manchesteru, oświadczył, że „dobre, niedrogie połączenia transportowe są niezbędne” i że „nikt nie powinien być wykluczony cenowo”. Wygodnie zapomniał wspomnieć, że to on pierwszy podniósł limit do 3 funtów, ale hej, kto by się przejmował?

Ogłoszenie o cenach biletów autobusowych nastąpiło wraz z obniżką VAT na rachunki za prąd, którą Burnham planuje sfinansować, rezygnując z rządowego programu identyfikacji cyfrowej – programu, który, jak mówi były minister gabinetu Darren Jones, nie został nawet odpowiednio wyceniony. Ale Kongres Związków Zawodowych ostrożnie przyklasnął, podczas gdy kanclerz cieni Mel Stride oskarżył Burnhama o chęć „powrotu do lat 70.”, co brzmi jak groźba, ale może być obietnicą tańszego życia.

Na domiar wszystkiego inflacja spadła do 2,6% w czerwcu, dając Burnhamowi mały zastrzyk energii trzeciego dnia urzędowania. Bo nic tak nie mówi „nowa era” jak wszystko odrobinę tańsze.